Aktualności

Adam Krużyński – Cały czas działamy w kryzysie (wywiad, cz.1)

Sezon 2019 od samego początku nie układa się po myśli Get Well Toruń i wiele wskazuje na to, że drużyna zaliczy pierwszy w historii spadek do niższej ligi. O przyczynach kryzysu, postawie zespołu i formie poszczególnych zawodników, a także o pracy sztabu szkoleniowego i perspektywach na przyszłość rozmawiam z Adamem Krużyńskim, który po odejściu Jacka Frątczaka przejął obowiązki managera toruńskiej drużyny. 

Skąd się wzięły wszystkie problemy zespołu z Torunia?

To jest splot wielu różnych czynników, które nawarstwiały się przez dłuższy czas. To nie jest wyłącznie efekt jednego słabszego sezonu któregokolwiek z zawodników. Od kilku lat nie udaje nam się przebudować składu tak, jak byśmy tego chcieli. Trudno jest zaprosić kogoś do współpracy, jeżeli nie jest on zainteresowany zmianą dotychczasowego pracodawcy. Dzisiejsza ekstraligowa rzeczywistość to również bardzo wysokie wymagania wielu zawodników, związane z niewielką ilością klasowych jeźdźców i brakiem nowych nazwisk pojawiających się na rynku. Wielu zawodników jest dziś związanych z klubami poprzez indywidualne umowy sponsorskie funkcjonujące jako remedium na ograniczenia regulaminowe, dotyczące wysokości zarobków i kwot kontraktowych zawodników występujących w Ekstralidze. Często właśnie te „więzi” decydują o braku chęci, czy możliwości zmiany przynależności klubowej zawodników.

Co jeszcze?

Druga kwestia to brak własnych wychowanków. Ten problem zbliżał się do nas od długiego czasu. Trudno jest nam wychować jakiegoś wartościowego młodzieżowca, który mógłby w naturalny sposób wzmocnić drużynę. Pomimo dużej pracy wykonywanej przez klub, nie mamy możliwości korzystania i selekcji zawodników na poziomie z początku lat 2000, nie mówiąc już o latach dziewięćdziesiątych. W dzisiejszych czasach rozpoczęcie przygody z żużlem to wyzwanie finansowe zarówno dla klubu, jak również dla rodziców młodego chłopaka. W ostatnich latach żużel stał się sportem elitarnym. Decyduje o tym wzrost cen i monopol dotyczący jednostek napędowych oraz ich tuningu. Próby ściągnięcia kogoś z zewnątrz, kto mógłby zostać z nami na dłużej, również okazały się nieudane.

Dlaczego?

Na przeszkodzie na pewno stanęły koszty związane z cenami zawodników. Przed obecnym sezonem pozyskanie młodego zawodnika na pozycje juniorskie było często droższe od kosztu zawodnika drugiej linii. Niestety popyt nie równoważy się tu z podażą, a to powoduje obecną sytuację i spiralę, w której znajduje się cały żużel. Nasz klub jest klubem prywatnym. Oczywiście możemy liczyć na wsparcie z miasta, ale budżet w większości opiera się na prywatnych pieniądzach oraz przychodach, które uzyskujemy dzięki szczodrości i współpracy ze sponsorami i przyjaciółmi klubu, a także kibicami, którzy przychodząc na stadion, stają się również sponsorami drużyny. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że budżet naszego klubu jest w tym roku jednym z dwóch najniższych w Ekstralidze. Musimy dzielić z tego, co jesteśmy w stanie uzbierać. Klub z Torunia zawsze był solidny jeżeli chodzi o zaplecze finansowe, dlatego nie będziemy robić niczego ponad nasze siły i na kredyt. Wszystkie plany zawsze są dopasowane do aktualnych możliwości.

Przed rokiem drużyna z Torunia jeździła w bardzo podobnym składzie i zwłaszcza pod koniec sezonu potrafiła pozytywnie zaskakiwać. Dlaczego teraz tego brakuje?

Na pewno mamy do czynienia z dużo słabszym sezonem, niż oczekiwaliśmy. Trochę więcej spodziewaliśmy się po Nielsie Kristianie Iversenie i Jacku Holderze. Praktycznie w ogóle nie możemy liczyć na wsparcie formacji juniorskiej, która punktuje na bardzo słabym poziomie. Wartość punktującego juniora jest dzisiaj wręcz bezcenna dla losów drużyn. Polscy seniorzy również nie gwarantują nam pokaźnych zdobyczy punktowych. Rune Holta jest po kontuzji i trudno mu dojść do optymalnej formy. Norbert Kościuch wrócił do ekstraligi, żeby powalczyć o jak najlepsze rezultaty, ale jemu również nie jest łatwo. Przy tak olbrzymiej roli sprzętu w dzisiejszym żużlu, słabsze starty Norberta powodują, że trudno mu odzyskiwać pozycje na trasie. Obaj zawodnicy są bardzo pracowici i poświęcają mnóstwo czasu, by wrócić do dyspozycji z poprzedniego roku, jeżeli mówimy o Rune, a w przypadku Norberta, by poprawić starty. Niestety ciągle brakuje nam ich punktów w dorobku drużyny. Gdybyśmy zrealizowali któryś z celów transferowych, zwłaszcza jeżeli chodzi o zawodnika z polską licencją, o którego zabiegaliśmy, to podejrzewam, że nasz wynik byłby zupełnie inny.

Dostrzega Pan jeszcze jakieś problemy?

Nasi zawodnicy przeżywają w tym roku spore problemy sprzętowe. To jednak nikogo nie usprawiedliwia, ponieważ wszyscy są profesjonalistami. Pewnie powinniśmy wywierać na nich nieco większą presję w zakresie zmian i zakupu nowych jednostek napędowych od innych i lepiej dysponowanych tunerów. Wielu z nich zawierzyło jednemu tunerowi, a te silniki po prostu nie jadą. To w największym stopniu wpływa na nienajlepsze zdobycze punktowe, jak również na nerwowość i wielką nieregularność.

Wydawało się, że po wygranym dwumeczu ze Stalą Gorzów wszystko zmierza we właściwym kierunku i drużyna odbije się od dna. Dlaczego potem znowu pojawił się kryzys, którego następstwem były przegrane mecze na Motoarenie z Motorem Lublin i GKM-em Grudziądz?

Nie da się ukryć, że byliśmy słabsi pod względem sportowym. Myślę, że presja przed meczem z Lublinem była tak duża, że wszyscy się po prostu pogubiliśmy. Tak naprawdę sami ją na siebie nakładaliśmy i może przez to byliśmy całkowicie wypompowani. Ten mecz od samego początku kompletnie nam się nie układał. Kiedy Motor zaczął odjeżdżać, to trudno było cokolwiek zrobić. Brakowało nam drugiego i trzeciego dobrze punktującego zawodnika, który mógłby wziąć na siebie ciężar wygrywania biegów. Na pewno nie zabrakło nam motywacji. Z mojej perspektywy było jej nawet za dużo. Podeszliśmy do tego spotkania z dużymi emocjami i wszystko wymknęło nam się spod kontroli, przez co nie byliśmy w stanie zrealizować planów taktycznych. Przestaliśmy nad tym panować i zawodnicy trochę nie udźwignęli tej presji. Natomiast jeżeli chodzi o derby z Grudziądzem, to po prostu trafiliśmy na bardzo dobrze dysponowanego rywala. Znowu musieliśmy gonić wynik i ponownie nam czegoś zabrakło. Walczyliśmy o powrót do meczu i w samej końcówce byliśmy blisko tego celu, ale w ostatnim biegu niestety nie udało się odwrócić losów tego spotkania.

Macie sobie coś do zarzucenia po tych meczach?

Czytam wiele opinii i wydaje mi się, że łatwo je wyrażać, jeżeli patrzy się na całą sytuację z boku. Wtedy wydaje się, że wszystko jest bardzo proste. Oczywiście mam świadomość, że wiele rzeczy, które klub robił w ostatnich latach, można było zrobić lepiej, czy podjąć inne decyzje. Kiedy jest się jednak w tym od środka i żyje się tymi sprawami, to nic nie wydaje się już takie łatwe i oczywiste. Czuję się w jakiś sposób współodpowiedzialny za to, co wydarzyło się w tym roku. Nie ukrywam, że człowiek, jak każdy kibic, chciałby, żeby ta drużyna spisywała się lepiej, ale czasami po prostu nie idzie i trudno jest zrobić coś więcej. Od wielu lat jestem związany z tą dyscypliną i naszym miastem, więc boli mnie porażka naszej drużyny. Trudno jest pogodzić mi się z miejscem, w którym się znaleźliśmy. Wiem jednak, że to nie jest spowodowane brakiem naszego zaangażowania, czy pomysłów. To pochodna sytuacji w całym żużlu oraz uwarunkowań finansowych, w których funkcjonujemy.

W jaki sposób zawodnicy reagują na wyniki zespołu? Kibicom może wydawać się, że jakoś szczególnie się tym nie przejmują.

Proszę pamiętać, że to jest ich zawód i w ten sposób zarabiają na życie oraz przyszłość po zakończeniu sportowej kariery. Żaden z zawodników nie podchodzi do tego w lekceważący sposób. Każdy z nich próbuje coś zmienić, żeby poprawić swoją dyspozycję. Rozmawiamy bardzo dużo i to nie jest tak, że naszych zawodników nie obchodzą losy klubu. Mamy w składzie chłopaków, którzy czują się bardzo związani z tym zespołem. Mam na myśli przede wszystkim braci Holderów, a także Jasona Doyle’a. Wydaje mi się, że zawodnicy po wszystkich nieudanych meczach zabierają ze sobą ten balast. Mają świadomość, co się dzieje z naszymi wynikami oraz w jakiej znaleźliśmy się sytuacji. To nie jest im zupełnie obojętne. Kumulacja naszej słabości, która rozpoczęła się od meczu w Grudziądzu, powoduje, że nam wszystkim znacznie bardziej trzęsą się nogi. Zawodnicy chcieliby odmienić ten los i poprawić swoje wyniki, ale sport to rywalizacja z przeciwnikiem. Wynik końcowy zależy również od jego postawy. Mogę powiedzieć, że zawodnicy mają w sobie bardzo dużo determinacji i sportowej złości, jednak w sporcie zwycięzca może być tylko jeden.

Jak będziecie przygotowywać się do ostatnich meczów rundy zasadniczej, które nie zmienią już raczej waszego położenia w tabeli?

Na pewno przed każdym meczem będziemy się spotykać i odbywać wspólne treningi. Spróbujemy się zmobilizować, żeby uzyskać jak najlepsze wyniki. Nie zamierzamy się poddawać. Szanse na utrzymanie są już tylko iluzoryczne i matematyczne, ale dopóki będziemy mogli w nie wierzyć, to będziemy jechać zmotywowani, żeby odnieść sukces i sięgnąć po zwycięstwo. Zawodnicy są zdeterminowani i świadomi sytuacji. Każdy z nich będzie chciał jechać nie tylko dla klubu, ale też dla siebie, własnego nazwiska i sportowej przyszłości. Życie sportowca nie skończy się dla nich po tym sezonie. Nawet jeżeli teraz poniosą porażkę, to zostaną przy żużlu i będą chcieli dalej rozwijać swoją karierę.

Jak pracuje się z tą drużyną w parku maszyn? Mam wrażenie, że to piekielnie trudne zadanie.

Naszym największym problemem jest to, że bardzo często musimy gonić wynik już po pierwszych biegach. Bez względu na to, kto by pełnił funkcję managera tej drużyny, za każdym razem będzie mierzył się z takimi samymi wyzwaniami. Trzeba podejmować decyzje, które mogą przywrócić nas do meczu. Zaczynamy robić zmiany, a to z kolei wpływa na atmosferę w zespole. Nikt nie jest szczęśliwy, kiedy nie może wyjechać do swojego drugiego czy trzeciego biegu i jest zastępowany przez kolegę z drużyny. Wtedy wkrada się dużo dodatkowych emocji w działania poszczególnych teamów czy zawodników. Nie mamy zbyt dużego komfortu pracy. Nie dysponujemy na tyle wyrównanym składem, żeby któryś z zawodników mógł mieć słabszy dzień, a pozostali potrafili wypełnić tę lukę. Musimy sobie jakoś radzić z własnymi słabościami, a to na pewno nie jest łatwe.

Wspomniał Pan, że każdy manager będzie mierzył z takimi samymi wyzwaniami. Czy to oznacza, że gdyby nie problemy zdrowotne Jacka Frątczaka, to ta współpraca byłaby kontynuowana?

Nie chciałbym tego komentować, ponieważ to są osobiste sprawy Jacka Frątczaka. Na pewno nie był w stanie dłużej prowadzić tej drużyny i stąd się wzięły te zmiany. Wydaje mi się, że nie ma sensu tego rozpamiętywać. To była jedyna możliwa decyzja, dlatego klub ją podjął.

Co się zmieniło w pracy sztabu szkoleniowego po odejściu Jacka Frątczaka?

Myślę, że warto zapytać o to zawodników. To oni mogą powiedzieć, czy odczuwają jakieś zmiany. Powtórzę jeszcze raz, że z mojej perspektywy to nie jest łatwa praca. Cały czas działamy w kryzysie, a to pociąga za sobą konkretne decyzje w trakcie meczu. Przed zawodami staramy się zapewnić zawodnikom maksymalny komfort. Dajemy im do dyspozycji tor i poświęcamy wiele czasu na pracę ze sprzętem. Próbujemy odzwierciedlać im warunki torowe, które zastaną podczas meczu ligowego. Bierzemy pod uwagę naprawdę wiele czynników, ale w trakcie spotkania musimy dostosować taktykę do bieżącej sytuacji. Strategia może ulec diametralnej zmianie, jeżeli okazuje się, że od początku musimy odrabiać straty. To nie gwarantuje dużego spokoju pracy. Drużyna też nie czuje się zbyt dobrze w takiej sytuacji. Łatwiej się jedzie, kiedy mamy kilka punktów przewagi, ale niestety w tym roku musimy przede wszystkim gonić rywala, który nam ucieka.

Jak się Pan odnajduje na pozycji managera tej drużyny?

W sytuacji, kiedy drużyna przegrywa, trudno jest mówić o jakieś satysfakcji. Nie jestem osobą, która ma poczucie dobrze wykonywanej pracy. Gdyby drużyna była w innym położeniu i potrafiła wygrywać mecze, to pewnie mógłbym powiedzieć, że udźwignąłem to zadanie i byłem w stanie pomóc. Wyniki pokazują jednak coś zupełnie innego, dlatego nie mogę mieć dobrego samopoczucia. Przyjmuję krytykę i również biorę odpowiedzialność za to, w jakiej jesteśmy sytuacji. Na pewno poszukiwanie managera w trakcie sezonu nie jest łatwe, tym bardziej, jeżeli mówimy o zespole, który zmaga się z poważnym kryzysem. Niewiele osób chciałoby dać takiemu projektowi swoją twarz, a potem mierzyć się z konsekwencjami nieudanej misji.

W takim razie dlaczego Pan się na to zdecydował?

Dla mnie to była naturalna decyzja. Wydawało mi się, że nie ma innego rozwiązania, żeby pomóc tej drużynie. Byłem z nią związany i czułem się za nią odpowiedzialny. Jestem również kibicem tego klubu i jego dobro jest dla mnie bardzo ważne. Poprosiłem o pomoc i merytoryczne wsparcie jednego z najlepszych fachowców w światowym żużlu, czyli Marka Lemona. Myślałem, że razem z nim oraz Karolem Ząbikiem zdołamy to udźwignąć i utrzymać ten zespół w lidze. Dopiero teraz widzę, jak trudne było to zadanie.
Skoro wspomniał Pan o Marku Lemonie, to co jego obecność w parku maszyn wniosła do drużyny?
Mark jest byłym zawodnikiem i rozumie ten sport trochę inaczej, zresztą tak samo jak Karol. Wydaje mi się, że naturalnym przywódcą drużyny żużlowej powinna być osoba, która w przeszłości posmakowała tego sportu od środka, ma duże doświadczenie i potrafi analizować wydarzenia na torze. To było dla mnie oczywiste, że musimy jakoś wzmocnić ten sztab szkoleniowy. Mamy w zespole trzech Australijczyków, więc potrzebowaliśmy osoby, która zna ich bardzo dobrze i będzie potrafiła się z nimi świetnie komunikować. Mark prowadzi reprezentację Australii, dlatego ten kierunek wydawał się naturalny. Miałem nadzieję, że to będzie idealne rozwiązanie.

Niestety nie było.

Wydaje mi się, że pomysł był słuszny, ale jeżeli spojrzymy na efekty naszej pracy, to rzeczywiście zauważymy, że nie było przełożenia na rzeczywistość i wynik sportowy. Uważam jednak, że obecność Marka Lemona w parkingu jest bardzo ważna. Pomaga nam w wielu różnych sytuacjach i dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków. Potrafi dokonać szybkiej analizy. Mark dzieli się swoimi spostrzeżeniami i zbiera informacje dotyczące tego, co trzeba zrobić w danym momencie, zwłaszcza jeżeli chodzi o ustawienia motocykla czy zachowanie na torze. Podpowiada, która ścieżka jest lepsza, albo które miejsce na torze jest bardziej sprzyjające lub niebezpieczne. Zwraca uwagę na to, co dzieje się z torem w trakcie meczu i naprawdę dużo doradza naszym zawodnikom. Finalnie to jednak oni wsiadają na motocykl i decydują o tym, w jaki sposób i czy w ogóle wykorzystają jego wskazówki.

Często można zauważyć, że zbieracie się na wspólne konsultacje.

Na wszystkich naszych spotkaniach podczas meczu staramy się analizować różne opinie i odczucia dotyczące jazdy oraz ustawień sprzętu. Zaczynamy już po próbie toru i zastanawiamy się, co powinniśmy zrobić, biorąc pod uwagę aktualne warunki torowe. Wymiana myśli jest czymś zupełnie naturalnym. My dzisiaj nie mamy problemu z tym, że nie pracujemy jako zespół. Wszyscy szukają komunikacji, żeby znaleźć najlepsze rozwiązane w danym momencie. Podkreślam jednak, że nie osiągamy dobrych wyników, cały czas gonimy rywali i działamy w kryzysie. To jest dla nas największym utrudnieniem. Przez to każdy jest dodatkowo poddenerwowany i ta współpraca z zewnątrz być może nie zawsze wygląda tak dobrze, jak powinna. Trzeba jednak zrozumieć, że jeżeli jesteśmy pogubieni i poszczególni zawodnicy mają swoje problemy, to skupiają się przede wszystkim na tym, żeby je rozwiązać. Dlatego tak emocjonalnie reagują na sytuację.

Karol Śliwiński