Aktualności

Został żużlowcem, bo nie poszedł do cyrku

Po ponad dwudziestu latach startów, Mariusz Puszakowski postanowił zakończyć żużlową karierę. Jego sportowa droga była kręta i wyboista, ale nigdy nie brakowało mu determinacji i miłości do motocykli. Wychowanek toruńskiego klubu dumnie stawiał czoła przeciwnościom losu, czym zapracował na szacunek i uznanie. Swoją karierę nazywa najlepszą przygodą w życiu i nie żałuje ani jednej minuty spędzonej na żużlowych torach. Teraz nadszedł czas na podsumowania i napisanie nowego rozdziału.

To już naprawdę koniec?
– Tak. Powiedziałem „a”, to powiem też „b”. Wszystko jest zaplanowane. Wiadomo w jakim jestem wieku. Oczywiście nadal mógłbym jeździć, ale doszedłem do wniosku, że w tym momencie to już nie ma dla mnie sensu. Jazda w II lidze sprawiała mi przyjemność, ale to już nie było to samo. Na pewno nie będzie odwrotu od tej decyzji.

Co zamierzasz zrobić z motocyklami? Przecież mogą Cię korcić.
– Jeden motocykl jest już u mnie w domu. Stoi w odpowiednim miejscu, razem z pucharami i medalami. Zrobiłem sobie taki kącik. To jest motocykl na chodzie, ale wiadomo, że nie będzie przeze mnie używany. A pozostały sprzęt? Pewnie sprzedam go innym zawodnikom. Może komuś się przyda.

Kiedy zapadła decyzja o zakończeniu kariery?
– Ciągnęło się to za mną już od zeszłego sezonu. W pewnym momencie głowa przestała pracować tak, jak powinna. Moje myśli zaczęły odbiegać od tego sportu. Swoje zrobiła też kontuzja, której doznałem w Łodzi. To było skomplikowane złamanie uda, więc znaczną część sezonu przesiedziałem na ławce. Potem próbowałem wrócić, ale chyba trochę na siłę. Oczywiście nie chciałem podejmować żadnej pochopnej decyzji. O zakończeniu przeze mnie kariery rozmawialiśmy już od roku. W końcu postanowiłem, że trzeba to jakoś fajnie zorganizować. Zależało na mi na tym, żeby w odpowiedni sposób pożegnać się z kibicami, działaczami i wszystkimi innymi osobami. Nie chciałem odchodzić w ciszy i zapomnieniu.

Widzę, że długo dojrzewałeś do tej decyzji.
– Cały czas nie jest mi łatwo. Wracam do warsztatu, patrzę na motocykle i zawsze pojawia się moment zawahania. Ostatnio byłem nawet na treningu w Toruniu i przejechałem parę kółek. Bardzo dziękuję za to Panu Janowi Ząbikowi. Wiadomo, że ciągnie wilka do lasu, ale jakiś etap dobiega końca i zaczyna się kolejny. Nikt mnie do niczego nie namawiał. W II lidze jest naprawdę fajne ściganie, ale zarobki są adekwatne do najniższego szczebla rozgrywek. W pewnym momencie zaczęło brakować mi środków, żeby być odpowiednio przygotowanym do każdych zawodów. Wiadomo, że zawsze słynąłem z elegancji. Miałem charakterystyczne biało-różowo-niebieskie stroje i dzięki temu każdy mnie rozpoznawał. Niedawno na zawodach drugoligowych poszedł do nas nawet pan sędzia i stwierdził, że w zasadzie widzi tylko jednego wyróżniającego się zawodnika, czyli mnie. Pozostali mieli sprzęt, który odkupili od jakiś rasowych rajderów, więc brakowało ich autorskich barw. To było naprawdę miłe, ale w tej chwili nie stać mnie na kupowanie silników, kevlarów czy nawet osłonek. Przez to koło się zamyka.

Żużel przestał Cię bawić?
– Wciąż mam do niego sentyment, ale rozmawiałem z wieloma chłopakami i stwierdziliśmy, że przez lata wszystko się diametralnie zmieniło. My jeździliśmy przede wszystkim dla sportu. To była dla nas zabawa, a teraz żużel staje się biznesem. To mnie najbardziej denerwuje, bo brakuje w tym koleżeństwa. Kiedyś wyglądało to inaczej. Mój motocykl nie chciał odpalić, to Robert Kościecha podstawiał mi swój. Potem jemu coś nie działało, to brał moją maszynę. Wszystko odbywało się na całkiem innych zasadach. Oczywiście w dzisiejszych czasach jest to bardziej profesjonalne, ale przez to czasami mnie nudzi.

W takim razie co czujesz po ogłoszeniu decyzji o zakończeniu kariery? Jest ulga?
– No właśnie nie do końca. Cały czas odczuwam żal i nostalgię, bo przecież rozstaję się z czymś, czemu poświęciłem ostatnie dwadzieścia lat swojego życia. To nie była łatwa decyzja, ale kiedyś musiałem ją podjąć. Rozmawiałem na ten temat z wieloma byłymi zawodnikami. Mam bardzo dobry kontakt z Mirkiem Kowalikiem, Jackiem Krzyżaniakiem czy Robertem Kościechą. Mówili, że szybko mi przejdzie. Na to liczę, bo na razie nie ma się z czego cieszyć.

Radości brakuje też w obliczu kontuzji, o których wspomniałeś wcześniej. Jak one na Ciebie wpływały?
– Ja akurat wracałem po nich silniejszy. Cały czas jeździłem, a gdy kontuzja zsyłała mnie na przymusową pauzę, to potem odczuwałem głód żużla jak po zimie. Trząsłem się jak galaretka, żeby tylko wsiąść na motocykl i poszaleć na jednym kole. Tyle, że wygłupy i jazda na treningu to jedno, a ściganie się we czterech, w warunkach meczowych i pod wpływem adrenaliny, to zupełnie inna sprawa. W pewnym momencie moja głowa zaczęła źle funkcjonować na zawodach. Męczyłem się, a nie chciałem tego. Przed pierwszym biegiem było mi naprawdę trudno. Po prostu nie potrafiłem czekać i chciałem jechać jak najszybciej. Potem wszystko ze mnie schodziło, ale to już nie była ta sama zabawa, co na początku. Skupienie się na tym wszystkim stało się o wiele bardziej wymagającym zadaniem.

Czyli przez lata zmieniał się Twój stosunek do czarnego sportu.
– Kiedyś wyglądało tu zupełnie inaczej. Na Broniewskiego zawsze mogliśmy się pościgać z chłopakami. Tworzyliśmy monolit. Wszyscy jeździliśmy Maluchami i fajnie się na to patrzyło. Poza tym na treningi przychodziło znacznie więcej ludzi. Pojawiały się też dziewczyny. Jeśli któraś ci się spodobała, to chciałeś pokazać się z jak najlepszej strony. Starałeś się, żeby ten trening wypadł po prostu pozytywnie. Wiadomo jak kobieta działa na mężczyznę. Teraz to niestety zanika. Trenowałem ostatnio na Motoarenie, a trybuny były puste. Trochę przykre, że ten klimat ulega zatraceniu.

Dlaczego zostałeś żużlowcem?
– To był czysty przypadek. Mieliśmy z moją siostrą i szwagrem jechać do cyrku. Szwagier był jednak pracownikiem PKS-u. Jeździł autobusami i kolega poprosił go o zamianę dyżuru, bo dzień wcześniej zabalował i nie był w stanie iść do pracy. Szwagier się zgodził, więc nie poszliśmy do cyrku, ale w zamian obiecał, że zabierze mnie na żużel. Prawdę mówiąc, żałowałem tego cyrku, ale poszedłem na ten żużel. Miałem wtedy jakieś trzynaście lat. Doszliśmy do stadionu i zobaczyłem tłumy ludzi przed bramami. Weszliśmy schodami na górę i pamiętam jak dziś, że próbę toru jechał Darek Śledź z Motoru Lublin. Usłyszałem ten hałas, rozejrzałem się dookoła i doznałem szoku. Przeżycie nie do opisania. Potem wróciłem do domu i zaszczepiłem w chłopakach z mojej wioski sentyment do żużla. W garażu stały jakieś WSK-i, więc zaczęliśmy się ścigać. W ten sposób zostałem żużlowcem.

Niezły cyrk, ale karierę zaczynałeś jako 18-latek. Nie za późno na żużlowca?
– Faktycznie, byłem już trochę za stary i nie chcieli mnie przyjąć do klubu, ale furorę zrobiło jedno z moich zdjęć. Jechałem na motocyklu i składałem się niemal jak profesjonalny żużlowiec. Trener to zobaczył i stwierdził, że mogę spróbować. Jakoś poszło, a czy nie było za późno? Tego nie wiem. Tu nie chodziło tylko o żużel. Na wiosce miałem wielu zapalonych fanów, którzy zachwycali się Mirkiem Kowalikiem, Robertem Sawiną, Jackiem Krzyżaniakiem, czy Krzysiem Kuczwalskim. Dla nich to był szok, jeżeli którego z tych chłopaków zobaczyli na ulicy. A ja w pewnym momencie przedostałem się do parkingu. Miałem możliwość, by pojechać z nimi na zawody. Jak spotkałem Marka Lorama, Pera Jonssona czy Ryana Sullivana, to było dla mnie jeszcze większe przeżycie. Powoli stawałem się kimś w tym środowisku.

Ale początki nie należały do najłatwiejszych.
– Parę razy zastanawiałem się nawet, czy nie dać sobie spokoju z tym żużlem, ale zawsze trzymała mnie miłość do tego sportu. Pokochałem towarzyszący mu hałas i specyficzny zapach. Przesiedziałem w tym dwadzieścia lat. Na pewno chciałbym podziękować Tomkowi Świątkiewiczowi, który bardzo mi pomógł. Zdarzały się takie momenty, że brakowało dla mnie sprzętu i wtedy on wszystkiego mi użyczał. Ja mu to odpracowywałem i w zamian myłem jego motocykle.

Jesteś zadowolony z przebiegu swojej kariery?
– Ja bym tego tak szumnie nie nazywał. Zawsze traktowałem to bardziej jako przygodę. O karierze mogą mówić chłopacy, którzy faktycznie coś osiągnęli. Ja nie mam zbyt wielu sukcesów, ale za to jestem lubiany i szanowany w środowisku. To sprawia mi większą radość, niż bycie jakimś karierowiczem. Wolę pozostać normalnym człowiekiem. Być może źle tym wszystkim pokierowałem, ale dla mnie to była zabawa, a nie żaden biznes. Na pewno nie żałuję żadnej chwili spędzonej na żużlu.

Które wspomnienia darzysz szczególnym sentymentem?
– Długo by opowiadać, ale na pewno jazdę we Władywostoku. To było niesamowite przeżycie. Lecieliśmy tam jedenaście godzin, ale zawsze o tym marzyłem. Nie wszyscy wiedzą, że miałem też zaszczyć startować w Las Vegas. Zorganizowali tam jakiś turniej i z tego co pamiętam, ja oraz Thomas Jonasson byliśmy jedynymi Europejczykami, którzy wzięli w nim udział. Co prawda nie mam się czym chwalić, bo nie ukończyłem zbyt wielu biegów, ale wrażenia pozostaną ze mną na zawsze. W tym samym miejscu spotykają się przecież gwiazdy filmowe i celebryci. Nagromadziło się tych wspomnień, a za każdym z nich stoją konkretni ludzie. Dzięki temu mam wielu przyjaciół i znajomych. W każdym żużlowym mieście dorobiłem się własnych kontaktów. Poza tym poznałem Darka Michalczewskiego czy Mariusza Czerkawskiego. Miałem też okazję uścisnąć dłoń Lechowi Wałęsie. Działo się.

A jak jest z tymi gorszymi wspomnieniami?
– Wolałbym do nich nie wracać. Oczywiście na mojej drodze pojawił się klub, który nie zapłacił mi pieniędzy, ale widocznie tak miało być. Potrafiłem odbić się od dna i jechać dalej. Wolę żyć z przekonaniem, że to była świetna życiowa przygoda.

Czego Ci najbardziej brakowało?
– Sam nie wiem. Może rozumu, bo wszystko robiłem spontanicznie i dla zabawy. Kiedyś ktoś mnie zauważył, to ściągnęli mnie do Anglii. Najpierw pytali kim jestem i co tu robię. Potem wyjechałem na tor i zrobiłem trójkę w pierwszym biegu. Przeplatałem zwycięstwa z zerami i uzbierałem dziewięć punktów. Dostałem nagrodę man of the night i rozkochałem się we własnych możliwościach. Wręczyli mi ogromnego szampana, więc od razu go otworzyłem i poszedłem wypsikać na publiczność. Momentalnie mnie tam pokochali. To było coś niesamowitego. Kiedy przytrafiła mi się kontuzja, to nazbierali dla mnie tyle pieniędzy, że było mnie stać na nowe auto. Poza tym wiele podróżowałem. Latałem do Anglii, Szwecji, Danii, Rosji. Czasami się budziłem i nie wiedziałem w jakim jestem kraju. To była przygoda życia i nigdy jej nie zapomnę.

Po latach zrobiłbyś coś inaczej?
– Na pewno tak. Chodzi mi przede wszystkim o kwestie sprzętowe. Dwa razy zbłądziłem, bo wydałem kupę pieniędzy na zagranicznych mechaników, a okazało się, że pod nosem mam wspaniałego tunera, Pana Ryszarda Kowalskiego. W ostatnim czasie korzystałem z jego pomocy, ale wcześniej potrafiłem popłynąć do tego stopnia, że zostawałem bez grosza. Wtedy pomocną dłoń wyciągał do mnie Adam Krużyński z firmy Nice. Bez niego trudno byłoby się zebrać. Z drugiej strony, nie mogę też narzekać. Współpracowałem z Panem Janem Ząbikiem, który bardzo dobrze mnie prowadził.

No właśnie. Wychowywałeś się w toruńskim środowisku żużlowym. Znane powiedzenie głosi, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Zgadzasz się z tym?
– Jak najbardziej. Nie wiem co by się musiało zdarzyć, żebym zmienił zdanie. Toruń zawsze będzie na pierwszym miejscu w moim sercu. Nie patrzę na to, kto jeździ w tym klubie czy stoi za jego sterami. Trzymam za niego kciuki, bo wywodzę się z tego środowiska. Ogromnym sentymentem darzę też Grudziądz, bo mogłem zrobić tam wielki krok naprzód.

Bolało Cię, że w Toruniu nie zawsze mieściłeś się w meczowym składzie?
– Pojawiał się żal i sportowa złość, ale co miałem z tym zrobić? Teraz mogę już tylko żałować, że nie przykładałem się do treningów tak, jak powinienem. Inni jeździli na nowych gumach, a ja niekoniecznie. Miałem swoje zasady i tyle. Tak to się potoczyło, ale nie mam do nikogo pretensji.

Trudniej było odejść z Torunia czy potem do niego wrócić?
– Chyba to pierwsze, bo jak wracałem, to zawsze z uśmiechem na twarzy. Problem polegał jednak na tym, że tutaj zawsze spadała na mnie ogromna presja. Nie chciałem nikogo zawieść, bo wiedziałem, że ludzie na mnie stawiają. Zapewne pamiętasz 2005 rok. Początki nie były zbyt udane, bo zaliczałem głupie upadki i notowałem niepotrzebne wykluczenia. Z czasem głowa ostygła i stałem się naprawdę wartościowym zawodnikiem. Potem znowu przyblokowała mnie kontuzja. Po wypadku we Wrocławiu, moje kręgi szyjne były tak poharatane, że nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak poważnymi groziło to konsekwencjami.

Gdyby nie kontuzje to zaszedłbyś dalej?
– Kontuzje są wpisane w ten sport i teraz można już tylko gdybać. Prawda jest taka, że po serii urazów stawałem się coraz bardziej uważnym zawodnikiem. Nie wciskałem się tam, gdzie nie było takiej potrzeby. Tak robiłem tylko na początku swojej kariery.

Wspominałeś o ludziach, którzy Cię otaczali. Z kim się najlepiej dogadywałeś?
– W zasadzie z każdym. Na pewno wzorowałem się na Mirku Kowaliku. Zawsze chciałem być taki, jak on, bo na torze przypominał mistera elegancji. Trzymaliśmy się też z Tomkiem Chrzanowskim czy Robertem Kościechą. Mieliśmy swoją ekipę. Teraz mam bardzo dobre kontakty z Krzysiem Buczkowskim, aczkolwiek podejrzewam, że do kogo bym nie zadzwonił, to raczej byśmy się dogadali.

Tylu kumpli, to pewnie zdarzało się wam broić.
– No pewnie. Czasami jeździliśmy na gapę, a potem łapały nas kanary. Było nam trochę wstyd, ale dobrze się przy tym bawiliśmy. Mieliśmy też wiele wspólnych imprez. Spędziliśmy ze sobą mnóstwo fajnych chwil.

Co na to klub? Były rozmowy wychowawcze?
– Na szczęście nie lądowaliśmy na dywaniku u prezesa, ale Pan Janek nie raz ganiał za nami z „blondyną”, czyli taką białą pałką policyjną. Trzeba przyznać, że starał się nas wychowywać jak prawdziwy ojciec. Jestem mu za to bardzo wdzięczny.

Ktoś jeszcze dawał Ci popalić? Na przykład miejscowi kibice?
– Wiadomo jak to jest z kibicami. Jeżeli nie idzie ci najlepiej, to dają się we znaki, a kiedy wszystko układa się po twojej myśli, to klepią cię po plecach. Cieszę się, że większość mojej kariery przypada na czasy bez internetu, Facebooka i innych tego typu rzeczy. To zapewniało ogromny komfort psychiczny. Współczesna młodzież może nam tylko pozazdrościć. Nie chciałbym puszczać mojego syna czy kogokolwiek z rodziny do uprawiania żużla, żeby potem ktoś go obrażał. To jest naprawdę ciężki kawał chleba. Jeśli ktoś jest mądry zza klawiatury, to niech spróbuje i wystartuje na torze. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Kiedy przestajesz walczyć, stajesz się nikim.

Ty akurat walczyłeś, bo szukałeś swojego miejsca poza Toruniem. W pewnym momencie ruszyłeś w żużlowy świat. Kolejne przystanki to Łódź, Grudziądz, Gniezno, Lublin, Piła, Rawicz i Krosno. Gdzie ci się najbardziej podobało?
– Nie zamierzam nikogo wyróżniać. Tak jak wspomniałem wcześniej, najmilsze wspomnienia wiążą się z Toruniem i Grudziądzem, ale nie mogę narzekać na żaden inny klub. Wszędzie traktowali mnie w odpowiedni sposób.

Może dlatego, że na co dzień jawisz się jako wesoły i uśmiechnięty facet. Skąd u Ciebie tyle pozytywnej energii?
– Sam nie wiem. Podpatruję tych, którzy zachowują się w podobny sposób i wydaje mi się, że o to w tym wszystkim chodzi. Życie jest tylko jedno i trzeba przeżyć je jak najlepiej. Ważne, żeby pozostać człowiekiem. Ja mogę usiąść i porozmawiać z każdym. Możemy napić się piwa, drinka, soczku czy czegokolwiek innego. Na tym polega ta zabawa. Niech tak zostanie, bo nie chciałbym się zmieniać.

Zawsze było kolorowo czy pojawiały się chwile zwątpienia?
– Zdarzały się trudniejsze momenty. Tak jest w życiu każdego człowieka. Uciekałem wtedy w swoje rejony. W domu na wsi czekali na mnie rodzice i moje dwa psy. Zabierałem je na spacer, żeby się uspokoić. Chodziliśmy nad rzekę i wtedy potrafiłem się wypłakać. Jestem tylko człowiekiem, a nie maszyną. Pewnych mechanizmów nie da się powstrzymać.

Po tym wszystkim żużel ma przed Tobą jeszcze jakieś tajemnice?
– Każdego dnia dostrzegam w tym sporcie potężną tajemnicę. To co teraz wyprawia się w żużlu, momentami jawi się dla mnie jako jedna, wielka zagadka. Kiedyś nikt nie pytał: Jedziemy czy nie jedziemy? Pada czy nie pada? Ubite czy nie ubite? Był jasny komunikat: Panowie, przebieramy się i za dwie minuty lecimy. Tak to wyglądało. Zdaję sobie sprawę, że czasami przypominało to parodię, ale dla nas to była prawdziwa szkoła żużla. To mnie najbardziej pociągało w tym sporcie.

To znaczy, że żużel zmierza w niewłaściwym kierunku?
– Nie chciałbym tego oceniać, ale wiem, że w tym momencie to już nie jest sport dla mnie.

Nawet w innej roli?
– Aż tak to nie. Nadal chciałbym być blisko tego sportu. Pasjonuje mnie przekazywanie moich doświadczeń młodszym zawodnikom. Niektórzy chcą tego słuchać, a nawet sami pytają.

Jakie masz plany na przyszłość?
– Wybieram się na wakacje do Ameryki. Zamierzam odwiedzić mojego przyjaciela, który kiedyś bardzo mi pomógł. Spędzę tam około dwa miesiące, a potem wrócę i będę myślał co dalej. Może załapię się jako mechanik, albo jakiś doradca.

Czyli będziesz kręcił się wokół żużla. Mariusz, dzięki za wszystko. Powiedz jeszcze czego możemy Ci życzyć?
– Przede wszystkim zdrowia, a reszta sama przyjdzie. Korzystając z okazji, chciałbym podziękować firmie Nice i Klubowi Sportowemu Toruń za pomoc w organizacji mojego turnieju pożegnalnego.

Autor: Karol Śliwiński