Spadek torunian z najwyższej klasy rozgrywkowej oznaczał, że w sezonie 2020 eWinner Apator Toruń stoczy pierwszy w historii dwumecz z Lokomotivem Daugavpils, czyli jedyną zagraniczną drużyną na pierwszoligowym froncie. Dla klubu i całego lokalnego środowiska żużlowego to bez wątpienia coś nowego i niestandardowego, zatem wszyscy zwracają szczególną uwagę na te spotkania. Przed nami rewanżowy pojedynek „Aniołów” i podopiecznych Nikolaja Kokina na Motoarenie, jednakże zanim zawodnicy wyjadą na tor, wróćmy na moment do pierwszego meczu, który odbył się na początku sierpnia. Jakie wspomnienia udało się przywieźć z premierowego wypadu na Łotwę? Przepytaliśmy ludzi związanych z Apatorem, którzy byli na miejscu i widzieli wszystko na własne oczy. Przygotowaliśmy dla Was jedyną i niepowtarzalną pocztówkę pełną niesamowitych opowieści, dzięki którym odsłonimy wszystkie tajemnice. Zajrzymy za kulisy miasta, wybierzemy się na stadion Lokomotivu, poczujemy wyjątkowy klimat tego miejsca, a na koniec przypomnimy sobie co działo się na torze i rzucimy okiem na postawę torunian w tegorocznych rozgrywkach ligowych.

Ruszamy w drogę

Wyjazdowy mecz Apatora z Lokomotivem zmobilizował całkiem sporą rzeszę toruńskich kibiców. Nie brakowało osób, które nie mogły odmówić sobie wyjazdu do Daugavpils, żeby być blisko zespołu i poznać nowe tereny. – Od kilkunastu lat jestem na wszystkich meczach domowych i wyjazdowych naszej drużyny, dlatego na Łotwie nie mogło mnie zabraknąć. Taka okazja nie zdarza się zbyt często, więc trzeba było korzystać. W Daugavpils jeszcze mnie nie widzieli, zatem należało to zmienić. Powiem szczerze, że dla mnie długie wyjazdy są najfajniejsze, dlatego taka wyprawa bardzo mi podpasowała – mówi Monika Kmieć, pracownik toruńskiego klubu, a prywatnie miłośniczka czarnego sportu.

Dla niektórych osób wypad na Łotwę stanowił główną atrakcją bieżącego sezonu. – To był historyczny mecz Apatora w lidze za granicą. Nie mogłem przepuścić takiej okazji. Od początku jawiło mi się to jako jeden z największych plusów spadku „Aniołów” – zdradza Konrad Marzec, toruński dziennikarz Super Expressu oraz portalu pobandzie.com.pl, który od wielu lat interesuje się żużlem.

Jak przebiegała podróż do łotewskiego miasta? – Jechaliśmy ponad jedenaście godzin autobusem, więc trochę się zmęczyłem. Z pewnością nie była to najprzyjemniejsza podróż w życiu, bo drogi nie należały do najnowocześniejszych, ale przyznam, że było warto. Po drodze zatrzymywaliśmy się tylko na stacjach benzynowych i na Litwie, gdzie kierowca załatwiał formalności – opowiada Marzec.

Byli też tacy, którzy postanowili spędzić trochę więcej czasu na Łotwie. – Do Daugavpils wybraliśmy się dzień wcześniej, żeby dotrzeć na miejsce spokojnie i bez pośpiechu – słyszymy od Kmieć. Nasza rozmówczyni również zwraca uwagę na mało komfortową podróż. – Dotarcie na Łotwę zajęło nam dziesięć godzin. Gdyby nie stan dróg, to wyjazd można by uznać za idealny. Trasa do Daugavpils prowadzi przez Warmię i Mazury, czyli tereny bardzo dobrze mi znane. Z tego względu doskonale wiedziałam, czego mogę się spodziewać po lokalnych drogach, które – delikatnie mówiąc – nie są najlepsze. Jechaliśmy bezpośrednio do Daugavpils. Nie mieliśmy zbyt dużo wolnego czasu, dlatego nie planowaliśmy żadnych atrakcji po drodze – wspomina pracowniczka klubu. 

Witamy na łotewskiej ziemi

Wyjazd na mecz do Daugavpils stanowił idealną okazję, żeby pozwiedzać trochę miasto. – Razem z moją ekipą jesteśmy typami wędrowników, bo lubimy poszwendać się bez większego celu po mieście, do którego się udajemy. Daugavpils to bardzo przyjemne miejsce, które ma swój klimat. Życie płynie tam wolniej oraz na większym luzie. Jeżeli będę miała jeszcze okazję, to z pewnością wybiorę się tam ponownie – zdradza Kmieć.

Daugavpils zrobiło naprawdę pozytywne wrażenie na naszych rozmówcach. – Miasto okazało się o wiele ładniejsze niż wynikało to z opowieści. W okolicach starówki warto odwiedzić cerkiew, która jest ozdobą tego miejsca. Rynek nazwałbym urokliwym, a największą atrakcją są reakcje Łotyszy na turystów. Mieszkańcy Daugavpils byli bardzo pozytywnie zaskoczeni, że się tam pojawiliśmy. Najbardziej zaskoczył mnie poziom rozwoju miasta. Pozytywne wrażenie wywołała także otwartość Łotyszy. Czegoś takiego w naszym kraju chyba nie ma. Słyszy się o polskiej gościnności, ale tam było coś wyjątkowego – twierdzi Marzec.

Odwiedzając Daugavpils koniecznie trzeba wstąpić do słynnej restauracji łotewskiego żużlowca, Andrzeja Lebiediewa. – Yoggi Bear to świetne miejsce! Wprawdzie nieco długo czekaliśmy na jedzenie, ale stek, który miałem okazję skosztować, był po prostu przepyszny. Minus to brak karty menu w języku angielskim, ale pani kelnerka cierpliwie wytłumaczyła nam co jest czym. Zdecydowanie warto się tam wybrać! Koleżanka poleca też burgera – recenzuje toruński dziennikarz. – Tak naprawdę spodobało mi się każde miejsce, do którego zawitaliśmy. Nie było chyba nic, co nie przypadłoby mi do gustu – dodaje po chwili.

Okazuje się jednak, że w Daugavpils niespecjalnie można wyczuć obecność drużyny żużlowej, co chyba delikatnie zaskakuje. – Nie natknęłam się na nic szczególnego z wyjątkiem kilku plakatów, które informowały o nadchodzącym meczu – zdradza Kmieć. Słowa naszej rozmówczyni potwierdza także Marzec. – W okolicach stadionu rzeczywiście były banery reklamujące mecz Lokomotivu z Apatorem, ale im dalej, tym było tego coraz mniej – słyszymy od torunianina.

Wyjazd na Łotwę przypadł na niełatwe czasy koronawirusa, ale nasi rozmówcy nie natrafili na żadne komplikacje związane z tym tematem. – Trudno odpowiedzieć na pytanie, jak bardzo zdyscyplinowani są Łotysze, bo pandemia koronawirusa na Łotwie jest niezwykle łagodna. W tamtym okresie oni mieli kilka przypadków na tydzień, więc nikt tam specjalnie nie zmieniał swojego życia. Jedyny moment, gdy przypomnieliśmy sobie o pandemii, to wizyta w Yoggi Bear, gdy nie mogliśmy złączyć stolików z powodu odgórnego zakazu. Pani na stacji również przypomniała nam, że należy założyć maseczkę – wspomina Marzec.

Podobne spostrzeżenia ma także Kmieć. – Przyznam szczerze, że praktycznie w ogóle nie odczuliśmy pandemii na Łotwie. Trochę się zdziwiliśmy, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że nikt nie nosi tam maseczek. Zapytaliśmy nawet o to w hotelu, ale wyjaśniono nam, że tylko obywatele Rosji i Białorusi mają taki obowiązek. Obostrzenia nie były widoczne również na stadionie – ujawnia nasza rozmówczyni.

Bo tutaj jest jak jest

Nadrzędnym celem wypadu na Łotwę był oczywiście stadion Lokomotivu, na którym miał odbyć się żużlowy spektakl. – Wiele stadionów żużlowych już zwiedziłam i przyznam, że ten w Daugavpils mogę spokojnie zaliczyć do grona najlepszych, na jakich byłam. Co prawda trybuny znajdują się tylko na prostych, ale nie stanowi to żadnego problemu. Generalnie stadion jest zadbany i dobrze ogląda się na nim zawody żużlowe – ocenia Kmieć. – To jest stadion starego typu, dlatego trybuny nie są niczym szczególnym, ale pochwalę może niezbyt wychowawczo… piwo, które okazało się o wiele lepsze niż na polskich obiektach. Podobać może się też legendarna polewaczka, prowadzona przez Wladimira Woronkowa, czyli byłego zawodnika Apatora (1992) – dodaje Marzec.

Jaka atmosfera panowała na trybunach? – Fantastyczna! Łotysze to prawdziwi pasjonaci. Gdy “wyhaczyli”, że przyjechaliśmy z Polski, to byli zachwyceni, że mają gości, więc bez przerwy nas zagadywali. Jeden z Panów posługiwał się jedynie gestami, ale cały czas starał się podtrzymać dyskusję. Na długo zapamiętam jednego z Łotyszy, który po czwartym biegu odwrócił się do mnie i kolegi, a następnie mruknął “Ekstraliga, Ekstraliga…” – relacjonuje toruński dziennikarz. Łotewskich kibiców nie mogła nachwalić się także Kmieć. – Łotysze to bardzo sympatyczni ludzie. Otwarci, uśmiechnięci, pomocni. Na stadionie sami nas zagadywali, pytali o naszą drużynę, stadion, gratulowali postawy w lidze oraz zwycięstwa w meczu. To było bardzo miłe i rzadko spotykane na innych stadionach w Polsce. W Daugavpils jest trochę jak u nas za starych czasów – wspomina pracowniczka toruńskiego klubu. Trudno nie zakochać się w takim klimacie.

Okazuje się, że Daugavpils pod wieloma względami różni się od polskich ośrodków żużlowych. – Wydaje mi się, że Łotysze mają zdecydowanie większe zaufanie do kibiców, jeżeli tak mogę to nazwać. Gdy wchodziliśmy na obiekt, to nie zostaliśmy przeszukani, tylko weszliśmy ot tak. Na pewno wszystko dzieje się tam z dnia na dzień. Pani rzecznik powiedziała nam, że do tej pory nie wypuścili nowej linii gadżetów klubowych, bo nie wiedzieli czy w ogóle pojadą. Zdziwiło mnie, że nie ma tablicy elektronicznej. Aha no i muzyka, która zanika dopiero mniej więcej pięć sekund przed zwolnieniem taśmy – zdradza Marzec. – Panuje tam zupełnie inna atmosfera, ponieważ jest pełno luzu. Kibice nie są nastawieni na wynik, tylko na dobre widowisko. W niektórych polskich ośrodkach czuć chęć wygrania za wszelką cenę, ale w Daugavpils jest całkowicie na odwrót – ocenia Kmieć.

Niełatwa przeprawa

Skoro wiemy już co działo się na trybunach, to przenosimy się na tor i do parku maszyn. Daniem głównym łotewskiej eskapady było bowiem spotkanie żużlowe pomiędzy Lokomotivem Daugavpils a eWinner Apatorem Toruń. Czy pierwszy w historii wypad na Łotwę był postrzegany w wyjątkowy sposób również przez toruńską ekipę? – Dla nas to był mecz jak każdy inny, a nie jakaś szczególna atrakcja. Nie było żadnego powodu, żeby podchodzić do tego bardziej emocjonalnie niż zwykle. Myślę, że kibice traktowali to inaczej, ale my nie mogliśmy się niezdrowo ekscytować, ponieważ mieliśmy konkretne zadanie do wykonania. Ja przed laty jeździłem tam przez jeden sezon w ramach wypożyczenia, więc znałem tamtejsze zwyczaje i tereny, zatem dla mnie to nie było nic nowego. Na pewno nic nas nie zaskoczyło – mówi Tomasz Bajerski, trener „Aniołów”.

Żużlowcy Apatora nie mieli zbyt wielu okazji do jazdy na owalu w Daugavpils, a niektórzy nie startowali tam w ogóle, jednakże szkoleniowiec żółto-niebiesko-białych wiedział, jak należy przygotować się do tego spotkania. – Wysłałem chłopakom nagrania z wcześniejszych zawodów, które odbywały się na tamtym torze, żeby sobie pooglądali. Potem przeprowadzaliśmy wspólne analizy i wyciągaliśmy wnioski. Porozmawialiśmy chociażby o tym, jak jeżdżą żużlowcy Lokomotivu na własnym torze, jakie ścieżki obierają, w jaki sposób najczęściej wyprzedzają oraz jak składają się w łuki. Wszystko było obgadane i ustalone, więc czuliśmy się gotowi do jazdy – wspomina „Bajer”.

Torunianie bardzo dobrze rozpoczęli spotkanie w Daugavpils i świetnie odnaleźli się na łotewskiej nawierzchni. Po czterech pierwszych biegach „Anioły” miały już dwanaście punktów przewagi. Lokomotiv okupuje w tym roku dolne rejony tabeli, a Apator jest liderem, więc goście po prostu realizowali nakreślony wcześniej plan i pokazywali swoją przewagę. – Mamy takich zawodników w składzie, że naprawdę można było spodziewać się takiego otwarcia. Zaczęliśmy od mocnego uderzenia, ale chłopacy są zawodowcami i zdawali sobie sprawę, że mamy jeszcze wiele biegów do końca. Wszyscy byli zmotywowani i skoncentrowani. Nie patrzyliśmy na wynik i chcieliśmy jechać przed siebie – opowiada Bajerski. – Wiedzieliśmy, że musimy trzymać przeciwnika na dystans i robić swoje – dodaje po chwili.

To jednak nie do końca się udało. Po przerwie na równanie toru torunianie nagle przestali wygrywać biegi, a Łotysze zaczęli odrabiać straty. – Po pierwszej serii poszliśmy w złą stronę z ustawieniami. Może nie wszyscy, ale większość na pewno, więc wynik delikatnie nam uciekł. Na pewno nie było żadnego rozluźnienia – tłumaczy Bajerski. Po dziewięciu biegach przewaga torunian zmalała do zaledwie czterech punktów. – Cieszyłem się, że w trzeciej serii Łotysze zbliżyli się do torunian, bo to zapewniło nam emocje – twierdzi Marzec. To była jednak pewnego rodzaju niespodzianka, ponieważ Apator uchodził za faworyta, a musiał mieć się na baczności.

– Zdawaliśmy sobie sprawę, że zawodnicy z Daugavpils na pewno tak łatwo się nie poddadzą i spróbują wykorzystać jakieś nasze potknięcia. Nikt nie oczekiwał, że oni będą sobie po prostu jeździć i patrzeć jak wygrywamy. Gospodarze robili wszystko, żeby walczyć z nami do końca i ugrać dla siebie jak najwięcej. Nie widziałem w tym nic dziwnego, ponieważ każdy chce z nami wygrać, ale my mamy dokładnie takie samo założenie – zdradza trener toruńskiej drużyny. – Zawodnicy Lokomotivu bardzo dużo jeżdżą na własnym torze i zawsze są świetnie spasowani. Pozostali żużlowcy nie mają okazji gościć tam zbyt często, więc czasami pojawiają się problemy – mówi Tobiasz Musielak, zawodnik eWinner Apatora Toruń.

W dalszej części meczu torunianie odzyskali jednak nad wszystkim kontrolę i nie pozwolili Łotyszom zbliżyć się do siebie jeszcze bardziej. – W pewnym momencie wynik był na styku, ale potem dokonaliśmy potrzebnych korekt, poszliśmy w dobrą stronę i było już w porządku. Tak naprawdę wróciliśmy do ustawień z początkowej fazy spotkania i skończyło się niepotrzebne błądzenie – wyjaśnia Bajerski. Od dziesiątego biegu „Anioły” znowu zaczęły powiększać przewagę – Widziałem podejście zawodników, atmosferę w drużynie i skupienie w parkingu, więc byłem spokojny o wynik. Nie obawiałem się żadnej wpadki – przekonuje szkoleniowiec Apatora.

Warto wspomnieć, że w końcówce meczu oglądaliśmy dwa nieładnie wyglądające upadki z udziałem zawodników toruńskiego klubu. W gonitwie dwunastej z nawierzchnią zapoznał się rezerwowy młodzieżowiec Justin Stolp, a bieg piętnasty przyniósł wypadek Adriana Miedzińskiego. – „Miedziaka” po prostu obróciło, a Justin wykantował za mocno motocykl, nagle go podniosło i przeleciał na plecy – tłumaczy „Bajer”. Na szczęście z Miedzińskim wszystko było w porządku, ale junior toruńskiej ekipy narobił sobie problemów zdrowotnych. – Justin złamał jeden z kręgów, więc kontuzja okazała się poważna. Od tamtego czasu ten chłopak nie siedział na motocyklu. Miesiąc przerwy już za nim, ale prawdopodobnie czeka go jeszcze drugie tyle – słyszymy od trenera torunian.

Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem Apatora 51:39. Torunian do zwycięstwa poprowadził Wiktor Kułakow (12+1), a pozostali seniorzy pojechali bardzo równo i byli blisko granicy dziesięciu punktów. Niezwykle wartościowe okazały się również punkty młodzieżowca Igora Kopcia-Sobczyńskiego (5+1), który w dwóch pierwszych biegach imponował niesamowitymi startami. Jak można ocenić pierwszy w historii wynik pojedynku z Łotyszami? – Rozmiary zwycięstwa nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Jest wygrana, są dwa punkty i to jest najważniejsze. Drużyna na pewno zrobiła swoje i postawiła kolejny krok na drodze do awansu – stwierdza stanowczo „Bajer”.

Głos trenerski już znamy, a co na temat spotkania sądzą kibice? – Według mnie to był jeden z najciekawszych meczów naszej drużyny w tym sezonie. W pewnym momencie zrobiło się gorąco i drżeliśmy o wynik, ale ostatecznie wyszliśmy z tego pojedynku obronną ręką. Bardzo się cieszę, że  Lokomotiv nie odpuścił i postawił się drużynie Apatora. Mam nadzieję, że Łotysze utrzymają się w pierwszej lidze. Życzę im tego z całego serca – mówi Kmieć. – Jeżeli chodzi o jakość widowiska, to było lepiej niż w najgorszych czasach w Ekstralidze, ale gdy torunianie wychodzili dobrze spod taśmy, to Łotysze niewiele mogli zrobić. A taki scenariusz dominował – dodaje Marzec.

We wcześniejszych meczach torunianie zdobywali trochę więcej punktów i zdążyli przyzwyczaić do nieco bardziej okazałych zwycięstw, ale jeżeli spojrzymy na postawę Lokomotivu w kolejnych spotkaniach, to dojdziemy do wniosku, że wynik na Łotwie należy uznać za bardzo korzystny. Żużlowcy z Daugavpils zaliczyli co prawda nienajlepsze wejście w sezon, ale potem zaczęli odnosić przekonujące zwycięstwa na własnym torze, a także ponosić niewysokie porażki na wyjazdach, więc Apator pokazał się z naprawdę dobrej strony na ich tle. Wydawało się, że podopieczni Nikolaja Kokina będą dostarczycielem punktów, ale w rzeczywistości jest zupełnie inaczej.

Łotewska jazda

Na papierze Lokomotiv nie wydaje się wcale taki mocny, ale na torze okazuje się wymagającym przeciwnikiem. – Prawdę mówiąc nie wiem jak niektórzy patrzą na ten papier, ponieważ ja widzę spory potencjał w drużynie z Daugavpils i uważam, że chyba trochę jej nie doceniamy. Tam jeździ wielu młodych zawodników, którzy chcą się wybić, pokazać swoje możliwości i zapracować na lepszą przyszłość. Być może niektórych chłopaków zobaczymy niebawem w ekstralidze. Wbrew pozorom to jest naprawdę silny zespół, który potrafi wykorzystać atut własnego toru i zaskoczyć każdego przeciwnika. Gdyby tam był jakiś porządny lider, to Lokomotiv znowu mógłby znaleźć się w górnych rejonach tabeli – analizuje Bajerski.

Często można spotkać się z głosami, że tor w Daugavpils nie należy do najłatwiejszych, ale mimo tego można się tam odnaleźć. – To jest długi i twardy tor, który posiada trochę inną nawierzchnię niż większość torów w Polsce, ale moim zdaniem to nie jest nic szczególnego. Wiadomo, że ten owal ma swoją specyfikę, jednakże to jest całkowicie normalne. Ja na pewno nie miałem wielkiego problemu, żeby się dopasować. Żałuję tylko, że po pierwszym wygranym wyścigu zacząłem niepotrzebnie grzebać w motocyklu, ponieważ to spowodowało, że potem przywiozłem dwa zera. Czasami tak bywa, że człowiek chce zrobić coś lepiej, a ostatecznie przedobrzy i wyjdzie na tym znacznie gorzej. W dalszej części spotkania wróciłem jednak do początkowych ustawień i znowu wygrywałem biegi. Gdybym nie szukał czegoś innego, to mój wynik mógłby wyglądać zupełnie inaczej – wspomina Musielak.

Tobiasz Musielak miał pewne rozeznanie na łotewskim torze, ponieważ przed rokiem startował tam razem ze swoją ówczesną drużyną z Łodzi. – Nie jechałem do Daugavpils po raz pierwszy, więc nie byłem zestresowany jak przed debiutem na nowym torze. Podszedłem do tego normalnie i wydaje mi się, że wszystko było pod kontrolą. Miałem w zeszycie zapisane jakieś przełożenia, które pasowały mi wcześniej, ale wiadomo, że nie można się tym tak bardzo sugerować, ponieważ każdy mecz pisze swoją historię, a nawierzchnia może być przygotowana trochę inaczej. Zapiski sprzed roku stanowiły jednak dla mnie jakieś małe wskazówki, więc wiedziałem mniej więcej, w którą stronę powinienem pójść z ustawieniami – zdradza „Tofik”.

Czy wychowanek Unii Leszno był w stanie przekazać jakieś wskazówki swoim kolegom z Apatora? – Prawda jest taka, że każdy ma inny silnik oraz inną charakterystykę sprzętu, więc moje wskazówki wcale nie musiałyby okazać się przydatne. Ustawienia, które sprawdzały się u mnie mogłyby kompletnie nie zdawać egzaminu u pozostałych chłopaków. My przekazujemy sobie jedynie informacje czy stosujemy na przykład niższy zapłon albo wyższą zębatkę w odniesieniu do naszego toru w Toruniu. Dzięki temu wszyscy mniej więcej wiemy na czym powinniśmy jechać, ale konkretne ustawienia dobieramy pod nasze motocykle i preferencje. Takie narady pomagają jedynie obrać właściwy kierunek, żeby od samego początku nie błądzić – tłumaczy zawodnik toruńskiego klubu.

Wiemy już, że Daugavpils robi spore wrażenie na polskich kibicach, a jak jest w przypadku zawodników? – Zwiedziłem już trochę torów w Europie, więc wyprawa do Daugavpils nie wywoływała we mnie szczególnej ekscytacji. Wydaje mi się, że podchodziłem do tego normalnie, ale na pewno należy zaznaczyć, że łotewscy kibice potrafią dopingować. Na stadionie pojawiło się strasznie dużo ludzi, którzy stworzyli świetną atmosferę. Ja zawsze lubię, kiedy trybuny zapełniają się niemalże w stu procentach, więc bardzo dobrze wspominam tamten mecz – opowiada Musielak.

– Myślę, że cały wyjazd jest godny zapamiętania. To była moja pierwsza, zagraniczna podróż na żużlowy mecz ligowy – mówi Kmieć. – Uważam, że warto powtórzyć taki wyjazd w przyszłości, chociaż może nie ze względu na występy Apatora w pierwszej lidze. Na pewno zachęcałbym każdą niezdecydowaną osobę – dodaje Marzec.

Koniec dobrej passy?

Do niedawna Lokomotiv był drużyną, która wyrwała najwięcej punktów torunianom i jako jedyna zbliżyła się do granicy 40 oczek, ale w minioną sobotę Apator przegrał w Ostrowie swój pierwszy mecz w tym sezonie (44:46). „Anioły” nie zdołały utrzymać przewagi wypracowanej w pierwszych biegach i straciły punkty meczowe dopiero w ostatniej gonitwie. Katem żółto-niebiesko-białych okazał się młody Duńczyk Jonas Jeppesen, który w końcówce spotkania wskoczył do składu z pozycji rezerwowego i nieoczekiwanie wywalczył komplet punktów. Warto jednak wspomnieć, że zawody rozgrywano w bardzo trudnych warunkach torowych po intensywnych opadach deszczu. W drugiej fazie spotkania pojawiły się kolejne opady, które jeszcze bardziej zmoczyły nawierzchnię. Było widać, że po torze dało się w miarę płynnie jechać, ale to na pewno nie była wymarzona i pożądana wersja żużla. Zdaniem Adriana Miedzińskiego tamte zawody w ogóle nie powinny się odbyć.

Wychowanek toruńskiego klubu przekonuje, że jazda po ostrowskim torze była bardzo ryzykowna, ponieważ zawodnicy musieli skupiać się przede wszystkim na bezpiecznym dojechaniu do mety i zachowaniu jakiejkolwiek widoczności, a nie na bezpośredniej rywalizacji, która powinna być nadrzędnym celem. Wiadomo, że w takiej sytuacji nikt nie będzie szarżował i walczył za wszelką cenę o każdy punkt, ponieważ w kolejce czekają kolejne spotkania. Prawda jest taka, że w końcowej fazie meczu torunianie nie mieli już tak wielkiej skuteczności i nie odnajdywali się tak dobrze na torze jak wcześniej, ale mimo tego należy wziąć pewną poprawkę na okoliczności. Na pewno nie było porządnych warunków, żeby się wykazać, dlatego wynik nie był tak miarodajny jak zawsze.

Minimalna porażka na błotnistym i niepewnym torze wcale nie musi zapowiadać kryzysu formy toruńskiej ekipy. Kolejne mecze w normalnych warunkach na pewno powiedzą znacznie więcej i pozwolą zweryfikować niektóre obawy. – Myślę, że nie warto wyciągać jakichkolwiek daleko idących wniosków, ponieważ tamten mecz nie dostarczył zbyt wielu sensownych informacji na temat naszej drużyny. Nie możemy rozpamiętywać tej porażki i musimy o niej jak najszybciej zapomnieć. Zachowujemy spokój i jedziemy dalej. Nie widzę podstaw do obaw, dlatego nie będziemy się zamartwiać – ocenia Bajerski. – Niestety nie wygramy wszystkich spotkań w tym sezonie, ale to nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia. Wynik ostatniego meczu na pewno nas nie podłamie – dodaje Musielak.

Porażka w Ostrowie zapewne delikatnie popsuła humory torunianom, ale w żaden sposób nie skomplikowała położenia drużyny w kontekście walki o awans do elity. Apator nadal jest liderem tabeli i ma zdecydowaną przewagę nad rywalami. Wcześniejsze przekonujące zwycięstwa pozwalają wierzyć, że w Toruniu wszystko idzie zgodnie z planem, a ekipa jest bardzo blisko zrealizowania założonego przed sezonem celu. – Z boku to wszystko być może wygląda bardzo łatwo, ale w rzeczywistości na pewno tak nie jest. Zawsze znajdujemy coś do poprawienia. Zapewniam, że trzeba się porządnie napracować, żeby przyklepywać kolejne zwycięstwa. Jeżeli chodzi o nasze wcześniejsze mecze, to uważam, że realizowaliśmy plan z nawiązką. Wiedziałem, że będziemy mocni, ale chyba nie spodziewałem się, że zdołamy osiągać tak dobre wyniki. To jest pozytywna niespodzianka, która jednak nie uśpi naszej czujności – twierdzi trener eWinner Apatora. Po zeszłotygodniowej porażce „Anioły” nie powinny nagle stracić całego rozpędu. – Jedna przegrana w ekstremalnych warunkach torowych na pewno niczego nie zmienia. Nie możemy dramatyzować oraz niepokoić się na zapas, ponieważ wcześniej za każdym razem udowadnialiśmy naszą moc i wartość – przekonuje „Bajer”.

Torunianie na pewno mogą być zadowoleni ze składu, który wydaje się kompletny i nie sprawia praktycznie żadnych problemów podczas rywalizacji o punkty. Porażka w Ostrowie nie może przekreślić pozytywnego obrazu, który wykreował się we wcześniejszych meczach, ponieważ dotychczas każdy wywiązywał się ze swojego zadania. Motorami napędowymi Apatora są bracia Holderowie oraz Wiktor Kułakow, jednakże pozostali seniorzy również jadą na miarę oczekiwań i mogą pochwalić się dobrymi statystykami. Najważniejsze wydaje się jednak, że zawodnicy potrafią się doskonale uzupełniać. – Jak jeden pojedzie słabiej, to drugi pojedzie lepiej, dlatego zawsze możemy liczyć na punkty. Mamy pięciu seniorów, którzy pokazują się z bardzo dobrej strony. W tym roku naszym atutem są wyjścia spod taśmy. Potrafimy wygrywać starty zarówno u siebie, jak również na wyjazdach – zauważa Bajerski.

Na pewno trochę więcej można by oczekiwać od toruńskich juniorów, ale Tomasz Bajerski zauważa postępy w ich jeździe. – Igor Kopeć-Sobczyński miewa naprawdę świetne biegi, więc widać krok naprzód. Jeżeli ten zawodnik nie popełnia błędów i dobrze wyskakuje spod taśmy, to potem jedzie na wysokim poziomie i walczy o punkty. Trudno nie zauważyć również, że nasz drugi junior, czyli Kamil Marciniec, także znacząco poprawił swoją postawę na torze. Może na razie nie zawsze widać to po punktach, ale na pewno jest progres pod względem osiąganej szybkości, sposobu jazdy czy siedzenia na motocyklu. Wiadomo, że czeka nas jeszcze mnóstwo pracy z juniorami w kontekście kolejnego sezonu, kiedy Igor będzie już seniorem, ale na pewno mamy światełko w tunelu – ocenia trener toruńskiej drużyny.

Położyć wisienkę na torcie

Teraz przed torunianami rewanżowy pojedynek na Motoarenie z Lokomotivem Daugavpils, który będzie miał pokazać, że w drużynie nadal wszystko działa jak należy. Apator na pewno będzie chciał powetować sobie porażkę sprzed tygodnia, chociaż rywal wydaje się nieobliczalny. – Uważam, że jesteśmy bardzo dobrze spasowani z naszym torem i możemy prowadzić w tym meczu od początku do końca. Na razie wszystkie spotkania przed własną publicznością wygrywamy stosunkowo wysoko, więc zamierzamy podtrzymać dobrą passę. Podkreślam jednak, że nikogo nie będziemy lekceważyć. Naszemu rywalowi na pewno należy się szacunek, ale to my będziemy chcieli przejąć kontrolę od pierwszego biegu – twierdzi Musielak.

Czy Łotysze znowu będą w stanie postawić się „Aniołom”? – Każde spotkanie jest trudne, ponieważ wszyscy chcą z nami wygrać albo chociaż zdobyć jak najwięcej punktów na naszym torze. Drużyna z Daugavpils na pewno jedzie coraz lepiej, więc sam jestem ciekawy jej postawy. Na pewno należy się spodziewać, że goście łatwo się nie poddadzą, ale my jesteśmy na to przygotowani – zapowiada Bajerski.

Wiadomo już, że w tym roku na pierwszoligowym froncie nie będzie fazy play-off, więc torunianie niebawem mogą przypieczętować upragniony awans do PGE Ekstraligi. – Od początku chcieliśmy pokazywać się z jak najlepszej strony i walczyć o przepustkę do elity, więc zrobimy wszystko, żeby spełnić nasze oczekiwania. Na pewno nie tracimy koncentracji i woli walki. Nie możemy nawet na moment odpuścić i powiedzieć sobie, że skoro mamy już tyle zwycięstw na koncie, to reszta meczów wygra się sama. Jesteśmy pewni naszych możliwości, ale gwarantuję, że to nas nie zgubi. Planujemy wygrać wszystkie spotkania do końca sezonu, żeby wjechać do ekstraligi z przytupem. Przed nami co prawda jeszcze trudne wyjazdy do Łodzi i Gniezna, ale myślę, że jesteśmy w stanie to zrobić. Do samego końca jedziemy z pełnym zaangażowaniem – podsumował Tobiasz Musielak.

Karol Śliwiński