Bardzo przyjemnie ogląda się zespół, który potrafi tak walczyć i nie składa broni. Czegoś takiego brakowało we wcześniejszych latach. Uważam, że mamy wyrównany skład, który świetnie się uzupełnia. Juniorom jeden mecz nie wyszedł, ale w pozostałych spotkaniach stanowili duże wsparcie dla kolegów.

Dotychczasowe mecze pokazują, że dysponujemy sporym potencjałem i nie jesteśmy chłopcem do bicia. Takiego efektu oczekiwaliśmy. Wydaje mi się, że może być jeszcze lepiej, bo dostrzegam spore rezerwy. Dobrze mieć drużynę, która wreszcie liczy się w rywalizacji i ma coś do powiedzenia na torze. Chcielibyśmy w dalszym ciągu podążać tym śladem, ponieważ to właściwa droga. Najważniejsze, żeby zachować spokój i dalej robić swoje – mówi prezes eWinner Apatora Toruń, Ilona Termińska, z którą rozmawiamy o bieżących sprawach organizacyjnych i sportowych.

Jak to jest znowu być prezesem ekstraligowego klubu?

Nie ukrywam, że to bardzo przyjemne uczucie. Wracamy na właściwe tory i wszyscy na to ciężko zapracowaliśmy. Nasze dokonania sprzed roku pozwalają odczuwać wielką dumę. Zawodnicy pokazali świetną jazdę i odnosili przekonujące zwycięstwa. Zdarzyły się drobne wpadki, ale one nie rzutowały na rezultat końcowy. Oglądanie chłopaków na torze powodowało radość, której w ostatnim czasie często brakowało. Wszystko poszło zgodnie z planem i potrafiliśmy wywiązać się ze stojącego przed nami zadania. Mam nadzieję, że udało się przepędzić dawne demony i teraz będzie już tylko lepiej. Szkoda jedynie, że przez pandemię nie mogliśmy trochę bardziej poświętować powrotu do najwyższej klasy rozgrywkowej i włączyć w to kibiców. Wszyscy na to zasłużyliśmy, ale nie mamy wpływu na obecną sytuację. Warto jednak wspomnieć, że po awansie napłynęło do nas wiele pozytywnych wiadomości z gratulacjami i życzeniami powodzenia w ekstralidze. Takie chwile na pewno są bardzo budujące i dają poczucie, że warto się angażować. Nie zamierzamy jednak się tym zachłysnąć i pracujemy dalej na jeszcze lepszą przyszłość. Na naszych barkach w dalszym ciągu spoczywa ogromna odpowiedzialność.

Jak wiele nerwów kosztował Panią pobyt w pierwszej lidze?

Myślę, że najbardziej nerwowo było w momencie wybuchu pandemii, kiedy wszystkie dziedziny życia zostały sparaliżowane. Przez pierwsze tygodnie nie wiedzieliśmy w zasadzie na czym stoimy. Nie było wiadomo jakie będą następne decyzje i czy w ogóle będziemy mogli uczestniczyć w rozgrywkach. W takich warunkach nie dało się podejmować jakichkolwiek działań. Każdy, kto zadawał mi jakieś pytania, słyszał, że nie jestem w stanie udzielić żadnej sensownej odpowiedzi. Żyliśmy w ciągłej niepewności. Gorszego momentu na spadek i próbę odbudowania tego wszystkiego chyba nie mogliśmy sobie znaleźć. Do sezonu przygotowaliśmy się najlepiej jak potrafiliśmy. Mieliśmy bardzo bojowe nastawienie, ale nie wiedzieliśmy czy po pandemicznym przestoju to wszystko będzie działało w odpowiedni sposób. To jest tylko sport i wszystko może się wydarzyć. Kiedy rozgrywki wreszcie dało się uruchomić, to każdy na pewno przejmował się, że coś może pójść nie tak. We wcześniejszych latach często tak było, a przecież nie mogliśmy pozwolić sobie na przedłużający się pobyt w niższej klasie rozgrywkowej. Na szczęście szybko przekonaliśmy się, że drużyna jedzie na miarę własnych możliwości i robi, co do niej należy. Z każdym kolejnym meczem przybliżaliśmy się do awansu i łapaliśmy coraz głębszy oddech. Ktoś może powiedzieć, że byliśmy zdecydowanym faworytem, ale pierwsza liga okazywała się wymagająca. W poszczególnych zespołach znajdowali się zawodnicy, którzy potrafili jeździć na wysokim poziomie. Nikt nie zamierzał się poddawać i ułatwiać nam zadania.

Z jakim nastawieniem wkraczacie z powrotem do PGE Ekstraligi?

W tyle głowy siedzą jakieś obawy, żeby nie wróciły dawne problemy, które osłabiły pozycję toruńskiego żużla i doprowadziły do spadku. Myślę jednak, że po tylu przykrych doświadczeniach z wcześniejszych sezonów to jest całkowicie normalne. Być może dzięki temu zachowujemy większą czujność i trzymamy rękę na pulsie. Mimo wszystko staramy się odkreślać grubą linią wszystko, co było złe. To już jest historia i temat zamknięty. Nie ma sensu tego rozpamiętywać i rozgrzebywać, bo niczego nie zmienimy. Najważniejsze, żeby wyciągnąć z tego jakąś lekcję na przyszłość. Obecnie skupiamy się na bieżących wydarzeniach. Teraz mamy nową drużynę i nowe wyzwania. Zamierzamy patrzeć przed siebie i uciekać do przodu. Wszyscy chcemy jak najlepiej, ale jednocześnie kierujemy się racjonalnym myśleniem.

Jak wielkim wyzwaniem było zbudowanie ekstraligowego składu?

Nie było wielkich perturbacji w okresie transferowym. Od początku wychodziliśmy z założenia, że nie będziemy wprowadzać zbyt wielu korekt w składzie, który wywalczył awans do ekstraligi. Zależało nam na pewnego rodzaju ciągłości, a nie budowaniu wszystkiego od nowa. W zeszłym roku ta drużyna funkcjonowała bardzo dobrze, więc nie było sensu tego rozbijać. Uznaliśmy, że posiadamy na pokładzie żużlowców zdolnych do rywalizacji z najlepszymi, dlatego potraktowaliśmy ich jako bazę. Drobne modyfikacje okazały się jednak konieczne. Naszym celem było sprowadzenie z powrotem wychowanka Pawła Przedpełskiego, wzmocnienie formacji juniorskiej oraz pozyskanie jak najlepszego zawodnika na pozycję u24, ponieważ nie mieliśmy nikogo takiego w kadrze, a nowe przepisy wprowadzały taki obowiązek. Jak widać, wszystko udało się zrealizować. Raczej nie planowaliśmy żadnych głośnych transferów. We wcześniejszych latach przekonaliśmy się, że nazwiska często nie jeżdżą, dlatego mieliśmy trochę inny pomysł na tę drużynę. Zakontraktowaliśmy zawodników, na których mogliśmy i chcieliśmy sobie pozwolić. Przy negocjacjach braliśmy pod uwagę, że pandemia ciągle może dawać się we znaki. Wszystkie kontrakty są wyważone i dostosowane do aktualnej sytuacji.

Podoba się Pani to zestawienie?

Ja jestem zadowolona. Odnoszę wrażenie, że nasze nowe nabytki bez problemu wkomponowały się w zespół i wszyscy są ze sobą bardzo zżyci. Na pewno mamy drużynę, a nie zlepek jednostek startujących w tych samych kevlarach. Chłopacy spędzają ze sobą czas i razem trenują. Kiedy trzeba, to wzajemnie sobie doradzają. Widać ducha zespołu. Trener Tomasz Bajerski potrafi zadbać o atmosferę i sprawić, że zawodnicy dobrze czują się w swoim towarzystwie oraz rozumieją się na torze. To jest bardzo duża wartość. Teraz tylko trzeba trzymać kciuki, żeby każdemu z nich udawało się pokazywać swoje możliwości w rywalizacji ligowej. Wszyscy na pewno są dobrze przygotowani do sezonu. Zawodnicy szlifowali formę samodzielnie oraz uczestniczyli w zajęciach organizowanych przez klub. Były również spotkania z psychologiem. Myślę, że stworzyliśmy przyjazne warunki do rozwoju. Nie chciałabym zapeszać, ale uważam, że drużyna wygląda obiecująco. Jestem dobrej myśli i wierzę w skuteczną jazdę chłopaków. W tym roku na pewno nie oczekujemy cudów. Skład został zbudowany z myślą o bezpiecznym utrzymaniu. Jeżeli znajdziemy się w środkowej części tabeli, to będziemy zadowoleni. Gdyby udało się zrobić coś więcej, to potraktujemy to jako przyjemną niespodziankę.

Pani to wystarcza? Toruń zwykle mierzył wyżej.

Na półce zawsze znajdzie się miejsce na jakiś medal. Nie mam nic przeciwko temu (śmiech). Mówiąc już jednak całkowicie poważnie, realnie oceniamy sytuację i nie zamierzamy bujać w obłokach. Cele są skromne, ale musimy podejść do tego ze zdrowym rozsądkiem. W pierwszym sezonie po powrocie do ekstraligi poprzeczka nie może być ustawiona zbyt wysoko. To mogłoby obrócić się przeciwko nam i wprowadzić niepotrzebne ciśnienie. Wolimy uniknąć tzw. „napinki”, która była przed spadkiem do pierwszej ligi. Teraz mamy okazję, żeby uzdrowić pewne rzeczy. W tym roku chcielibyśmy pokazać, że drużyna wcale nie musi bić się o mistrzostwo, żeby dostarczać pozytywnych wrażeń i dawać poczucie dobrze wykonanego zadania. Cieszmy się jazdą wśród najlepszych i starajmy się ugrać jak najwięcej. Mam nadzieję, że wiele osób przekonamy do siebie ambicją i wolą walki. Odpocznijmy trochę od głośnych deklaracji i róbmy swoje po cichu. Wystarczy już rozczarowań. Teraz chcemy zaskakiwać. Nie potrzebujemy słuchać, że musimy coś zrobić, bo mamy zawodników, którzy do tego zobowiązują. We wcześniejszych latach przekonaliśmy się, że budowanie mocnych na papierze składów i jazda pod presją wysokich oczekiwań nie przynosiły niczego dobrego. Teraz chcemy pójść trochę inną drogą i zobaczyć co z tego wyjdzie. To byłoby nierozsądne gdybyśmy powielali schematy, które nie działały. W tym roku nie jesteśmy postrzegani jako jeden z faworytów ligi, dzięki czemu mamy znacznie większy spokój. Zawsze lepiej atakować z tylnego szeregu niż ciągle znajdować się na pierwszym planie. Właśnie takie warunki chcieliśmy stworzyć naszym zawodnikom. To pozwala rozwijać skrzydła i daje spory komfort psychiczny. Mamy przekonanie, że mimo skromnych celów każdy z chłopaków podejdzie profesjonalnie do swoich obowiązków i nie pozwoli sobie na żadne zaniedbania. Dzięki temu powinniśmy coś znaczyć w rozgrywkach ligowych. Najważniejsze, że nie jesteśmy postrzegani jako murowany kandydat do spadku. W poprzednich latach beniaminkowie nie mieli takiego komfortu, więc to już jest jakiś sukces.

Wybierając do składu braci Holderów musieliście zrezygnować chociażby z Jasona Doyle’a czy Wiktora Kułakowa. Myślę, że postawienie na młodszego z braci nie budzi żadnych wątpliwości, ale wiele osób zastanawiało się czy Chris w dalszym ciągu jest dobrą opcją dla klubu. Dla Was to była trudna czy oczywista decyzja?

Jako włodarze klubu wielokrotnie stajemy w obliczu dylematów i skomplikowanych wyborów. Nasze decyzje na pewno będą oceniane po sezonie. Ja mogę jedynie powiedzieć, że wybraliśmy zawodników, którzy naszym zdaniem najlepiej pasowali do składu. Ze sportowego punktu widzenia Jack jest młodym i stale rozwijającym się żużlowcem, natomiast Chris wciąż ma wiele do zaoferowania drużynie. To jednak nie wszystko, na co zwracaliśmy uwagę przy wyborze akurat tych zawodników. Z doświadczenia wiemy, że bardzo ważne jest dobranie chłopaków nie tylko pod kątem możliwości sportowych, ale też charakteru. Jakby nie patrzeć, żużel to sport drużynowy. Członkowie zespołu muszą się jak najlepiej znać i dogadywać. Duże znaczenie ma również chęć wzajemnej współpracy. Bracia Holderowie doskonale odnajdują się w Toruniu i mają bardzo emocjonalne podejście do klubu. Oni chcą tu być i pokazywać swoje umiejętności. Ta drużyna na pewno wiele dla nich znaczy. Zamierzamy to doceniać i pielęgnować. Widać, że chłopacy wprowadzają różnorodne modyfikacje w swoich przygotowaniach do sezonu, ponieważ starają się być jeszcze lepsi. Wiktora i Jasona na pewno trochę szkoda, ale przy obowiązujących przepisach i naszej wizji składu po prostu zabrakło dla nich miejsca w tym zestawieniu.

Do niedawna mieliście w składzie jednego zawodnika więcej, ale ostatecznie postanowiliście wypożyczyć do Krosna Tobiasza Musielaka i stawiać do końca sezonu na Adriana Miedzińskiego. Skąd taka decyzja? 

Myślę, że to wszystko trzeba przedstawić w trochę szerszej perspektywie. Zawodnicy od samego początku zdawali sobie sprawę, że kwestia występu w pierwszym meczu rozstrzygnie się podczas sparingów. Oboje wiedzieli na czym stoją i godzili się na takie rozwiązanie. Nie chcieliśmy wybierać nikogo wcześniej, dlatego daliśmy im możliwość wykazania się na torze. W przedsezonowych testach naszym zdaniem lepiej wypadł Adrian i tym samym wywalczył sobie miejsce w składzie. Zasady były jasne i podjęcie jakiejkolwiek innej decyzji byłoby niesprawiedliwe. Kiedy sezon już ruszył, to doszliśmy do wniosku, że nie chcemy rotować składem i fundować zawodnikom walki o miejsce w drużynie. To nikomu nie wyszłoby na dobre. W przeszłości przerabialiśmy już podobne tematy i poniekąd przez to spadliśmy do pierwszej ligi. Skoro Adrian przed sezonem zapracował na miejsce w składzie, to trzeba było zostawić mu przestrzeń do działania. Być może Tobiasz ostatnio zasygnalizował wysoką formę, ale w sparingach nie pokazał takiego pazura, na jakiego liczyliśmy. Kiedy pojawiła się oferta wypożyczenia, to postanowiliśmy go nie blokować. Teraz Adrian ma pewną pozycję i może spokojnie pracować nad formą. Myślę, że żaden z nich nie zasługiwał, żeby siedzieć na ławce i spisywać ten sezon na straty. To była kolejna bardzo trudna decyzja, z której zostaniemy rozliczeni po sezonie. Zrobiliśmy jednak to, co uznaliśmy za najlepsze. Mimo wszystko chciałabym podkreślić, że z Tobiaszem rozstaliśmy się w przyjaznych relacjach. To jest niezwykle profesjonalny i ułożony zawodnik. Nie wykluczam, że jeszcze kiedyś pojedzie w barwach naszego klubu.

Jakie jest Pani zdanie na temat zawodnika u24?

Nie jestem przekonana czy tworzenie tego typu wytycznych przy budowaniu składu to dobry pomysł. Być może wprowadza to trochę świeżości i daje szansę rozwoju młodym chłopakom, ale na pewno ogranicza swobodę działania i pole manewru. Na dodatek tworzą się grupki zawodników, którzy po prostu pasują do składu, ale niekoniecznie byliby zawodnikami pierwszego wyboru. Istnieje ryzyko, że niektórzy będą wykorzystywać to w negocjacjach i podbijać swoją wartość. Ceny zawsze powinny być dostosowane do poziomu sportowego, tymczasem teraz może być inaczej. Nie chcę przez to powiedzieć, że w naszym klubie spotkaliśmy się z taką sytuacją, ale ogólnie to jest bardzo prawdopodobny scenariusz. Wracając jednak do samego przepisu, na pewno byliśmy trochę zaskoczeni jego wprowadzeniem. Na szczęście wyszliśmy z tego obronną ręką. Co prawda musieliśmy delikatnie zmienić koncepcję składu, ale moim zdaniem nie wyszliśmy na tym gorzej. Bardzo się cieszymy z pozyskania Roberta Lamberta. To jest młody i niezwykle sympatyczny zawodnik, który może pokazać wiele na torze. Mocno w niego wierzymy. Odnoszę wrażenie, że z jego perspektywy to jest dobre miejsce i on chciał tu być. Bez tego na pewno nie zdecydowałby się podpisać z nami kontraktu.

Porozmawiajmy teraz o sprawach organizacyjnych. Wielu osobom wydawało się, że pandemia poprzeszkadza jedynie w poprzednim sezonie, tymczasem w dalszym ciągu musimy jeździć w pandemicznych warunkach.

Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się, że to wszystko będzie trwało tak długo. Ostatnia fala, która przelała się przez kraj, na pewno nie przyniosła niczego dobrego. Trudno powiedzieć, kiedy sytuacja wróci do względnej normy. Na razie musimy po prostu czekać. Poprzedni rok bez wątpienia przyniósł spore straty. Trudne położenie sponsorów i niska frekwencja na trybunach niestety zrobiły swoje. Właściciel klubu musiał ponieść dodatkowe koszty, które wcześniej nie były przewidywane. Na szczęście odbyło się Grand Prix, dzięki czemu nasz budżet został podreperowany. Nie pozostaje nic innego, tylko wierzyć, że w końcu odzyskamy nasz dawny świat.

Jak dzisiaj wygląda funkcjonowanie klubu w dobie pandemii?

Już w zeszłym roku pracowaliśmy i trenowaliśmy w reżimie sanitarnym, a wszystkie mecze były przygotowywane według ściśle określonych procedur. Pod tym względem jesteśmy oswojeni z sytuacją i zdążyliśmy się przyzwyczaić. Od tego sezonu znacznie częściej musimy jednak wykonywać testy na koronawirusa wśród wszystkich osób uczestniczących w rywalizacji ligowej. Nie ukrywam, że to jest spore obciążenie finansowe dla klubu. W tym roku dodatkowym utrudnieniem jest też jazda bez kibiców. Wiadomo, że w poprzednim sezonie niewielu ludzi przychodziło na Motoarenę, ale to zawsze stanowiło jakieś wsparcie dla klubu. Teraz tego brakuje. Nie mnie oceniać, czy zamykanie stadionów to jest dobra decyzja. Wiem, że parę miesięcy temu było mniej zakażeń i zgonów, więc nie zamierzam z tym dyskutować. Wszystko wskazuje jednak na to, że już niebawem znowu będziemy mogli zaprosić kibiców na trybuny. Na pewno na to czekamy i bardzo się cieszymy. Nie chodzi już tylko o wsparcie klubowej kasy, ale też o zbudowanie zupełnie innego klimatu na stadionie. Jestem pewna, że wszyscy za tym tęsknimy i mamy dosyć siedzenia w domu.

W jakiej kondycji finansowej znajduje się klub?

Mamy swoje wydatki, ale jesteśmy w stanie im sprostać. Na ten moment nie ma powodów do niepokoju. Budżet jest zrównoważony. Zawsze szacujemy potencjalne wpływy i potem określamy jakie koszty możemy ponieść. Nie ma mowy o życiu ponad stan. Przed sezonem poświęciliśmy sporo czasu na rozmowy ze sponsorami, żeby zabezpieczyć klub i poprawić jego położenie. Na pewno pozyskaliśmy kilku nowych partnerów i przedłużyliśmy wiele umów. Niektórzy dotychczasowi sponsorzy zdecydowali się zwiększyć swoje wsparcie. Myślę, że powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej okazał się bardzo pomocny. Rok temu sytuacja wielu przedsiębiorców była strasznie trudna. Nikt nie miał pewności czy utrzyma się na rynku. Trudno było angażować się w sport, skoro biznesy nie działały. Na szczęście znaczna część naszych współpracowników stanęła na nogi i ustabilizowała swoją sytuację. Oczywiście kilku partnerów wypadło, ale tak już jest w życiu. W tym miejscu warto docenić również postawę wielu naszych kibiców, którzy kupowali karnety, chociaż nie mieli pewności, że wejdą na stadion. Podkreślam jednak, że w dalszym ciągu jest trudno. Sytuacja na świecie nie ułatwia prowadzenia działalności gospodarczej i wpływa na wiele decyzji. Nadal nie można być niczego pewnym i trzeba walczyć o przetrwanie. Na razie jakoś dajemy radę, ale każdy pewnie zadaje sobie pytanie jak długo będziemy w stanie funkcjonować w takich warunkach. Po raz kolejny ogromne znaczenie będzie miała dla nas organizacja Grand Prix. Przychody z tej imprezy stanowią sporą część naszego budżetu. Mam nadzieję, że zawody będą mogły odbyć się z udziałem publiczności i sprzedamy resztę biletów. Gdyby pandemia zaczęła odpuszczać, to moglibyśmy stopniowo uzdrawiać sytuację. Na pewno musimy pamiętać, że sport to ważna dziedzina życia i warto się o niego troszczyć.

Wróćmy do aspektów sportowych. Jak ocenia Pani postawę Apatora w dotychczasowych meczach?

Myślę, że możemy być zadowoleni. Pierwszy mecz na Motoarenie był trochę niepewny na początku, ale w końcówce udało się odskoczyć i wypracować okazałe zwycięstwo. Za drugim razem nie mieliśmy już żadnych problemów i jeszcze wyraźniej pokonaliśmy naszego rywala. W domu czujemy się zatem bardzo dobrze. Dotychczasowe dwa spotkania wyjazdowe odjechaliśmy na terenie zespołów, które zaliczają się do grona faworytów tegorocznych rozgrywek. Wiele osób spisywało nas na straty i przewidywało mecze do jednej bramki, a jednak pokazaliśmy charakter i napsuliśmy krwi rywalom. Na szczególne wyróżnienie zasługuje postawa naszej drużyny w Lesznie, gdzie do samego końca byliśmy w grze nawet o zwycięstwo. Bardzo przyjemnie ogląda się zespół, który potrafi tak walczyć i nie składa broni. Czegoś takiego brakowało we wcześniejszych latach. Uważam, że mamy wyrównany skład, który świetnie się uzupełnia. Juniorom jeden mecz nie wyszedł, ale w pozostałych spotkaniach stanowili duże wsparcie dla kolegów. Dotychczasowe mecze pokazują, że dysponujemy sporym potencjałem i nie jesteśmy chłopcem do bicia. Takiego efektu oczekiwaliśmy. Wydaje mi się, że może być jeszcze lepiej, bo dostrzegam spore rezerwy. Dobrze mieć drużynę, która wreszcie liczy się w rywalizacji i ma coś do powiedzenia na torze. Chcielibyśmy w dalszym ciągu podążać tym śladem, ponieważ to właściwa droga. Najważniejsze, żeby zachować spokój i dalej robić swoje.

Z jakimi emocjami ogląda Pani tegoroczne mecze Apatora?

Myślę, że jest duża ekscytacja, bo jestem strasznie ciekawa postawy naszego zespołu. Dotychczasowe rezultaty na pewno są budujące, więc chętnie obserwuje się kolejne biegi. Z drugiej strony często łapię się na tym, że chciałabym, aby dany mecz już się skończył i wszystko było jasne. To jest jednak spore przeżycie. Wiadomo, że wolałabym zachować spokój, ale chyba nie potrafię. Jako prezes odpowiadam za wynik, dlatego zależy mi na jak najlepszych rozstrzygnięciach. Nie umiem przechodzić obok tego obojętnie. 

Czy jest jakiś długofalowy plan dla Apatora na kolejne lata?

Najlepiej by było gdybyśmy z każdym kolejnym sezonem minimalnie się poprawiali i małymi krokami przebijali się coraz wyżej. Zamierzamy przywracać blask toruńskiemu żużlowi, ale chcemy robić to stopniowo i bez większej presji. Myślę, że to jest odpowiedni kierunek. Cierpliwość w sporcie z reguły popłaca. Jeżeli wyniki będą odpowiednie, to na pewno chcielibyśmy również mieć drużynę na lata. Nie chodzi o to, żeby co chwilę dokładać jakieś mocniejsze ogniwa i robić rewolucję. Na kolejne osiągnięcia warto pracować przy pomocy naszych chłopaków, którzy utożsamiają się z klubem i wiele znaczą dla Torunia. Mamy młody i perspektywiczny skład, który powinien się rozwijać. Pamiętajmy, że zawodnicy z roku na rok mogą robić postępy i stanowić coraz większą wartość dla zespołu. Nie mam nic przeciwko temu, żeby ten rozwój przebiegał w szeregach naszego klubu. Myślę, że taka drużyna jest w stanie zapewnić znacznie więcej radości kibicom niż najdroższy na świecie dream team.

Paradoksalnie spadek do pierwszej ligi przyniósł chyba wiele dobrego toruńskiemu żużlowi… Powrót do legendarnej nazwy, trener ze swojego środowiska, swojska drużyna, zdrowsze podejście, zupełnie inny klimat wokół zespołu… Trochę rzeczy dało się wymienić.

My tylko możemy się cieszyć, że to jest tak odbierane. Z każdej sytuacji warto wyciągać jakieś pozytywy. Spadek na pewno był bodźcem do budowy wszystkiego od nowa. Być może takie sytuacje czasami rzeczywiście są potrzebne. Bez wątpienia planujemy przekuć tę porażkę w sukces. Mam nadzieję, że jesteśmy na dobrej drodze, chociaż do mety jeszcze daleko. Chciałabym jednak powiedzieć, że byliśmy w sporym szoku, kiedy nasz spadek stał się już faktem. Jak coś takiego mogło się zdarzyć? Trzeba było wiele rzeczy przeorganizować i przemyśleć, żeby odzyskać straconą pozycję. Szybko jednak zabraliśmy się do działania i nie zamierzaliśmy obniżać standardów. Liczę, że teraz będziemy zbierać tego owoce.

Toruń przed spadkiem nie cieszył się zbyt dobrą opinią w środowisku kibicowskim. Myśli Pani, że to się może zmienić?

Chciałabym, żeby pod wieloma względami to był nowy rozdział. W tym wypadku również. Człowiek na pewno nie powinien się tym przejmować, ale w środku to gdzieś siedzi i boli. Najbardziej nie mogłam zrozumieć wszelkich przejawów radości wynikających z naszej niedyspozycji. To jest sport i za chwilę ktoś może znaleźć się w dokładnie takiej samej sytuacji. Mam nadzieję, że nasze obecne działania spotkają się z dużo lepszym odbiorem. Wszystko tak naprawdę zależy od komentatorów, ale na ten moment chyba nie dajemy zbyt wielu powodów do krytyki i docinek.

Rozmawiał: Karol Śliwiński