Paweł Przedpełski po dwóch latach startów dla ekipy z Częstochowy postanowił wrócić do macierzystej drużyny z Torunia, która awansowała do PGE Ekstraligi po roku spędzonym na zapleczu. W poniższej rozmowie zawodnik wspomina jazdę z lwem na piersi, dzieli się refleksjami na temat zespołu z Grodu Kopernika oraz opowiada o swojej dyspozycji i planach na przyszłość. – Chyba po prostu chciałem pomóc toruńskiej drużynie po awansie do ekstraligi i pokazać, że znowu mogę być jej silnym punktem. Wydaje mi się, że wracam jako zupełnie inny zawodnik, który może zaoferować znacznie więcej na torze. Na pewno stałem się dojrzalszy i mądrzejszy. Myślę, że to będzie procentowało w kolejnych latach – słyszymy od naszego rozmówcy.

Dlaczego tak naprawdę odszedłeś z Torunia po sezonie 2018? Nie dogadywałeś się z menadżerem Jackiem Frątczakiem, nie chciałeś walczyć o miejsce w składzie czy po prostu pewna formuła się wyczerpała? Myślę, że teraz możesz powiedzieć trochę więcej na ten temat.

Wydaje mi się, że potrzebowałem przewietrzenia. W toruńskim klubie mieliśmy delikatnie podzielone zdania z menadżerem i nie znaleźliśmy płaszczyzny porozumienia w zakresie dalszej współpracy. To był impuls do zmiany otoczenia i spróbowania czegoś innego. Czułem, że muszę to zrobić, ale nie ukrywam, że to było bolesne doświadczenie. Odchodziłem z miejsca, w którym żyłem, gdzie wszystko się zaczęło. Na pewno siedziało mi to z tyłu głowy, ale jakoś sobie z tym poradziłem. Przekonałem się jednak, że zmiana klubu chociażby w Szwecji przychodzi znacznie łatwiej.

Jaki był Twój stosunek do żużla, kiedy odchodziłeś z Torunia? W okresie juniorskim przyzwyczaiłeś siebie i kibiców do bardzo dobrych wyników, ale po wkroczeniu w wiek seniora miałeś znacznie słabszy okres. To pewnie dawało się we znaki.

Wiadomo, że nic nie buduje zawodnika tak bardzo jak zwycięstwa. Jak osiąga się korzystne rezultaty, to znacznie chętniej idzie się pobiegać po meczu, czy jedzie się na trening. Zupełnie inne nastawienie towarzyszy też wyjazdom na zawody. Wiedziałem, że moje wyniki stały się słabsze, ale starałem się nie zniechęcać. Zdawałem sobie sprawę, że źródłem moich problemów jest sprzęt. Pod tym względem znajdowałem się w skomplikowanym położeniu. Kompletnie nie mogliśmy połapać się w ustawieniach motocykla. Praktycznie wszystkie osoby, które jeździły wtedy na silnikach od Petera Johnsa zanotowały spadek formy. Trzeba było szukać czegoś innego, ale w żużlu to nie jest takie łatwe. Nawet jak zdobędzie się nowe jednostki napędowe, to trzeba je doregulować. Czasami to wszystko może zająć parę długich lat. Ja na pewno wtedy popełniłem błąd, że miałem silniki tylko od jednego dostawcy. Teraz już jestem mądrzejszy. Wtedy starałem się po prostu ciężko pracować i dawać z siebie sto procent. Miałem nadzieję, że wszystkie wysiłki zaprocentują. Nowy klub na pewno miał mi pomóc.

Dlaczego postawiłeś akurat na Częstochowę?

Mimo nienajlepszego okresu miałem całkiem sporo ofert. Do Częstochowy najbardziej przekonało mnie podejście działaczy na czele z prezesem Michałem Świącikiem oraz trenerem Markiem Cieślakiem. Zobaczyłem w nich naprawdę świetnych ludzi, którzy chcieliby mi pomóc. Od samego początku czułem, że tam będę bezpieczny. Jestem im naprawdę wdzięczny, że wyciągnęli do mnie pomocną dłoń, kiedy tego potrzebowałem. Zostałem obdarzony zaufaniem i czułem się potrzebny. To na pewno było budujące.

Trudno było odnaleźć się w nowym środowisko? Wchodziłeś do zupełnie innego świata.

Zmiana otoczenia kompletnie mi nie przeszkadzała. W Częstochowie szybko zostałem przyjęty jako swój zawodnik. Czułem się praktycznie jak w domu. Nawet przez moment nie miałem wrażenia, że jestem w obcym dla siebie miejscu. Wszystkie osoby, które zarządzały klubem budowały przyjazną otoczkę dla zawodnika. Zauważyłem, że w Częstochowie nie jestem tak bardzo rozpoznawalny jak w Toruniu, co było dla mnie korzystne. Ja nie mam parcia na szkło. Jestem człowiekiem, który woli otaczać się ludźmi ze swojego grona, a nie znajdować się w centrum uwagi.

W Częstochowie spotkałeś się ze swoim kolegą z Torunia Adrianem Miedzińskim, który przeszedł do Włókniarza rok przed Tobą. Czy on miał jakikolwiek wpływ na to, że trafiłeś akurat do tego klubu?

Kiedy dogrywałem swój kontrakt w Częstochowie to z Adrianem tak naprawdę nie zamieniłem ani jednego słowa. Zdzwoniliśmy się dopiero jak byłem już dogadany. Powiedział mi wtedy, że cieszy się z tego ruchu transferowego i wita mnie w drużynie. Decyzja od samego początku była wyłącznie moja. Nie chciałem się wszystkich dookoła pytać, tylko postanowiłem samemu dokonać najlepszego z mojego punktu widzenia wyboru. Wiadomo, że z Adrianem znaliśmy się bardzo dobrze, ale tak naprawdę każdy musiał jechać na swój rachunek i skupiać się na sobie. Podczas wspólnych startów na pewno sobie jednak nie przeszkadzaliśmy. Jak tylko mogliśmy się jakoś wesprzeć, to tak właśnie robiliśmy. Wzajemnie wymienialiśmy się także różnymi radami i wskazówkami. Myślę, że to była normalna koleżeńska relacja, która obu stronom dała coś pozytywnego.

Zapewne przychodziłeś do Częstochowy, żeby odbudować formę i poprawić wyniki. Tymczasem pierwszy sezon z lwem na piersi zakończyłeś ze średnią 1,214. Patrząc na liczby, nie było progresu, tylko regres. Chyba nie tak to miało wyglądać.

Czułem pewne rozczarowanie. Chciałem zrobić krok naprzód, ale nie wyszło. Po zawodach na pewno wracałem do domu w nienajlepszym humorze. Współczuję mojej narzeczonej, która musiała na to patrzeć. Na pewno doceniam, że starała się mnie pocieszać i tłumaczyć mi pewne rzeczy, ale trudno było trafić do faceta, który wiedział, że pojechał do kitu. Wsparcie miałem jednak ogromne. To bez wątpienia pozwoliło mi przetrwać ten nienajlepszy czas. Do tego pracowałem także z psychologiem, żeby odpowiednio na to wszystko reagować i nie pogrążać się w kryzysie mentalnym. Myślę, że dzięki tym trudniejszym momentom poznałem się na wielu osobach i przekonałem się, kto został przy mnie. To na pewno bardzo wartościowa wiedza.

Z czego wynikały te kiepskie wyniki po przyjściu do Częstochowy?

Chyba po prostu nie byłem jeszcze za dobrze dogadany ze sprzętem. Do tego doszła nienajlepsza znajomość częstochowskiego toru, którego musiałem się nauczyć. To jest bardzo przyjemny i szeroki owal, na którym przeważnie jest fajne ściganie, ale przez to jest też tyle linii jazdy, że można się pogubić. Jak wyskoczyłem ze startu, to nie wiedziałem, którędy uciekać. Jak musiałem gonić, to nie byłem pewien, którą ścieżkę obrać, żeby zbliżyć się do rywala. Potrzebowałem praktycznie całego sezonu, aby wyczuć temat i dobrze się rozeznać.

Statystyki pokazują, że w tamtym sezonie dwie trzecie biegów odjechałeś w parze z Leonem Madsenem. Czy to mogło mieć jakiś wpływ na Twoje wyniki? Wielokrotnie można było zauważyć, że to nie był dla Ciebie najlepszy kompan do współpracy.

Myślę, że to nie pozostawało bez znaczenia. Momentami trudno było porozumieć się nam na torze. Można wskazać wiele biegów, w których coś ewidentnie nie grało. Jak nadarzała się okazja, to Leon potrafił delikatnie pomóc, ale przeważnie za wiele się nie oglądał. Na pewno wolałbym jeździć wtedy z kimś innym. Wiedziałem, że mam najgorszy numer startowy, ale nie płakałem i nie marudziłem. Byłem nowym zawodnikiem, więc musiałem zrozumieć, że każdy wypracował już sobie jakąś pozycję. Prawdę mówiąc, nie liczyłem na żadne przywileje. Brałem to, co miałem i grałem tymi kartami, które leżały na stole. Teraz już wiem, że takie sytuacje strasznie hartują. Być może musiałem tego doświadczyć, żeby nauczyć się rozpychać. Z perspektywy czasu nie ukrywam, że chyba nawet wyszło mi to na dobre.

Po sezonie nie miałeś wątpliwości, że chcesz zostać w Częstochowie i nadal startować w ekstralidze? Z tego co wiem, miałeś ofertę z Torunia, który spadł do pierwszej ligi. Wiele osób wychodziło z założenia, że jeżdżąc w niższej klasie rozgrywkowej i dobrze znanym Ci środowisku mógłbyś się odbudować oraz zacząć wszystko od nowa.

Jestem na takim etapie kariery, że chyba nie powinienem sobie niczego tak bardzo ułatwiać. Nie chciałem robić aż takiego kroku wstecz. Czułem, że jest potencjał, aby kolejny sezon był znacznie lepszy. Na pewno nie mogłem się zrażać. Wiedziałem, że mam spore rezerwy, więc chciałem atakować. Zdobywałem coraz większą wiedzę i miałem jakieś pomysły, co jeszcze można poprawić. Rozmawiałem z toruńskim klubem, ale bardzo mi zależało, żeby zostać w ekstralidze. Uznałem, że stanę się znacznie bardziej wartościowym zawodnikiem w kontekście przyszłości, jeżeli nadal będę ścigał się w najwyższej klasie rozgrywkowej. To daje najlepszy punkt odniesienia i pokazuje w jakim miejscu się jest. Tak do tego podszedłem i myślę, że było warto. Włodarze częstochowskiego klubu chcieli kontynuować współpracę, dlatego postanowiłem z tego skorzystać. Czułem, że obdarzono mnie sporym zaufaniem, więc zamierzałem się odwdzięczyć.

Wygląda na to, że podjąłeś słuszną decyzję. W kolejnym sezonie Twoja średnia wzrosła do poziomu 1,579 i odjechałeś kilka naprawdę dobrych meczów. Tym razem był już krok naprzód, którego zabrakło wcześniej.

Na pewno porządnie odetchnąłem. Zyskałem przeświadczenie, że mogę się poprawiać. Właśnie tego potrzebowałem po takim przestoju. Pod każdym względem odnajdywałem się znacznie lepiej. Postępy na pewno wynikały z wielu treningów i rozmów z trenerem. Praca nad sprzętem w końcu przyniosła efekty. Wiele rzeczy wyglądało inaczej. Przed biegami zacząłem skupiać się na tym, żeby wygrywać z rywalami, a nie obawiać się, że znowu przyjadę z tyłu. Wróciła przyjemność z jazdy i miałem znacznie więcej chęci do rywalizacji. To było dla mnie bardzo ważne. Mogłem być z siebie zadowolony, ale na pewno chciałem jeszcze więcej.

Wyciągnąłeś jakieś wnioski ze słabszych występów, które nadal się zdarzały?

Ja zawsze oglądam swoje mecze i analizuję nie tylko wygrane biegi, ale też przegrane. Warto jednak pamiętać, że ekstraliga jest na tyle mocna, że każdy gubi jakieś punkty. Jedynka jedynce też nigdy nie będzie równa. Tak samo jak zero zeru. Czasami ktoś może przyjechać ostatni, ale nie oddaje tych punktów z urzędu, tylko po walce. Myślę, że nawet słabsze biegi mogą na swój sposób cieszyć, jeżeli jechało się w nich na sto procent.

Rok temu mieliście w Częstochowie sporo zawirowań związanych z torem, przekładaniem meczów, walkowerem oraz odejściem i zmianą trenera. Twoim zdaniem to mocno odbijało się na zawodnikach czy przechodziliście trochę obok tego?

Na pewno to odczuliśmy, bo na jakiś czas straciliśmy swój tor. Wszyscy trenowali i myśleli o kolejnych meczach, a my zmagaliśmy się z zupełnie innymi problemami. Żyliśmy w delikatnym przestoju. Ja uważam, że to wszystko było niepotrzebne. Gdyby nie spadł deszcz i nie popsuł tej mocno zbronowanej nawierzchni, to pewnie byłoby normalnie. Mieliśmy jednak sporego pecha i skończyło się nie najlepiej. Najgorsze, że mieliśmy w garści awans do play-off, ale to wszystko uciekło. Walczyliśmy z całych sił i chcieliśmy jak najlepiej, ale musieliśmy obejść się smakiem. Tego trochę żałuję, bo myślę, że medal był w naszym zasięgu. Mieliśmy naprawdę mocny skład, więc trudno nie mówić o rozczarowaniu. Na pewno powinniśmy osiągnąć znacznie lepszy wynik. Szkoda tej końcówki.

W częstochowskiej drużynie panowała dobra atmosfera?

W drugim sezonie skład był trochę inny niż w pierwszym. Nie powiedziałbym jednak, że w którejś wersji tej drużyny czułem się lepiej, a w którejś gorzej. Wiadomo, że klimat w dużej mierze zależał od wyników. Jeżeli się wygrywało, to zawsze było fajnie i wesoło. Kiedy coś nie szło, to bywało nerwowo. Nikt nie chodził wtedy z uśmiechem od ucha do ucha. Każdy tylko szukał i starał się poprawić swoją dyspozycję. Ogólnie nie mam jednak prawa narzekać. Myślę, że tworzyliśmy całkiem zgrany zespół.

W Częstochowie na pewno nawiązałeś trochę nowych znajomości.

Oczywiście, że tak. Spotkałem wielu pozytywnych ludzi. Udało mi się pozyskać nawet paru sponsorów. Osoby, które wspierają częstochowski żużel są „zajarane” tym klubem na maksa. Wszystko co robią sprawia im niesamowitą frajdę. Widać u nich pasję i zaangażowanie. Kiedy przyjeżdżałem do Częstochowy, to mogłem fajnie spędzić czas i wyskoczyć na kawę do jednego czy drugiego sponsora. Zawsze przyjemnie się rozmawiało i dało się wyczuć domowy klimat. Bardzo miło wspominam ludzi z firmy Trek, którzy zorganizowali mi wysokiej klasy rower. Dzięki temu mogłem trenować z trenerem Cieślakiem i Fredką Lindgrenem. Sporo było tych osób, które mi pomogły. Strasznie je doceniam i mam z nimi kontakt do dziś.

Jak bardzo skorzystałeś na współpracy z trenerem Markiem Cieślakiem?

Myślę, że to bardzo dużo mi dało. Wszyscy wiemy jakim trenerem jest Marek Cieślak. Jak dla mnie to jest jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy szkoleniowiec w kraju, a może i na świecie. On ma bardzo dobre podejście do zawodników i wie czego dany żużlowiec oczekuje oraz potrzebuje. Kiedy trzeba, to potrafi podbudować swojego podopiecznego i odpowiednio go nastawić. Można porozmawiać z nim nie tylko o żużlu i technice jazdy, ale też o normalnych sprawach. Wielokrotnie razem trenowaliśmy i jeździliśmy na rowerach, więc złapaliśmy świetny kontakt. To jest na pewno ważne we wzajemnej współpracy. Trener Cieślak nawet przez moment we mnie nie zwątpił. Za to jestem mu dozgonnie wdzięczny. Kiedy zdarzały się mecze, w których nie czułem się najlepiej, to on przekonywał mnie, że jest w porządku i mogę szykować się do następnego biegu. Wydaje mi się, że momentami on wierzył we mnie bardziej niż ja sam. Czasami krótko i dosadnie wbijał mi do głowy pewne rzeczy, dzięki którym czułem się pewniej. Z mojej perspektywy to jest bardzo pozytywna postać.

Jazda poza macierzą zmienia postrzeganie żużla?

Na pewno są jakieś różnice i trzeba się delikatnie przestawić. Myślę, że towarzyszą temu trochę inne emocje i doznania, bo nie jeździ się już dla tych barw, które były najbliższe sercu. Być może jest nieco większy dystans do tego wszystkiego. Tak naprawdę trudno opisać to słowami. Wszelkie zmiany dotyczą jednak wyłącznie otoczki. Jeżeli chodzi o samą jazdę na motocyklu, to mam wrażenie, że niewiele się zmienia. Jak zakłada się kask, to chce się jechać na maksa i wygrywać. Chęć zdobywania punktów, wola walki i determinacja przez cały czas znajdują się na tym samym poziomie.

Nie męczyły Cię częste podróże do Częstochowy i z powrotem? Dla Ciebie to była nowa sytuacja, bo wcześniej miałeś domowy stadion pod nosem i nie musiałeś spędzać tyle czasu w trasie.

Przed każdym treningiem, meczem czy spotkaniem klubowym rzeczywiście była spora odległość do pokonania. Dało się odczuć, że jest inaczej, ale wiedziałem na co się piszę. Kiedy podpisywałem kontrakt z Włókniarzem, to miałem świadomość gdzie leży Częstochowa i potrafiłem sobie wyobrazić jak to będzie wyglądało. Tak naprawdę kompletnie mi to nie przeszkadzało. Wystarczyło trochę inaczej poukładać kwestie logistyczne i wszystko funkcjonowało jak należy. Dobra organizacja to podstawa, a czas w busie zawsze dało się jakoś zagospodarować. Człowiek potrafi szybko przyzwyczajać się do nowości.

Co konkretnie pobyt w Częstochowie wniósł do Twojej kariery?

Na pewno stałem się dojrzalszy i mądrzejszy. Jestem pewien, że rozwinąłem się jako zawodnik. Myślę, że to będzie procentowało w kolejnych latach. Nie żałuję tego, że jeździłem w Częstochowie. Oczywiście na początku nie wiedziałem czy to wpłynie na mnie pozytywnie, ale teraz mogę już powiedzieć, że to była bardzo dobra decyzja. Gdybym miał możliwość ponownego wyboru, to zrobiłbym dokładnie to samo.

Wiadomo, że wszyscy chcieliby, aby wychowankowie jeździli jak najdłużej w macierzystej drużynie. Gdyby ktoś jednak zapytał Cię o radę, to powiedziałbyś, że na pewnym etapie kariery warto zmienić barwy klubowe i posmakować czegoś innego?

Myślę, że nie można jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Poszczególni zawodnicy mają różne potrzeby i kierują się zupełnie innym myśleniem. Każdy przypadek trzeba traktować indywidualnie. Najlepiej jest samodzielnie dochodzić do wniosku co będzie najlepsze. Sam wiem po sobie, że to się po prostu czuje. Ja akurat potrzebowałem zmiany, ale jeżeli komuś wszystko odpowiada i ciągle się rozwija, to nie ma sensu robić niczego na siłę. Zawsze kluczowe znaczenie mają okoliczności.

Jak wspominasz jazdę przeciwko macierzystej drużynie? W sezonie 2019 dwa razy miałeś okazję uczestniczyć w takiej rywalizacji. W kolejnym roku już się nie spotkaliście, bo Toruń jeździł w niższej klasie rozgrywkowej. Paradoksalnie to były dla Ciebie jedne z najlepszych występów w sezonie pod względem zdobyczy punktowych. W pozostałych meczach tylko raz byłeś w stanie pojechać lepiej.

Starałem się podchodzić do tego jak do każdego innego spotkania. Z takim nastawieniem przystępowałem do rywalizacji. Nie chciałem się „podpalać”. Nikomu nie zamierzałem też niczego udowadniać. To na pewno było niecodzienne przeżycie i serducho biło trochę inaczej, ale emocje musiałem zostawić z boku. Trzeba było jechać jak z neutralnym przeciwnikiem i zachować pełen profesjonalizm. W każdym biegu chciałem wygrywać i dawać jak najwięcej mojej ówczesnej drużynie.

Co czułeś, kiedy toruńska drużyna spadła do pierwszej ligi po sezonie 2019?

Na pewno trudno było w to uwierzyć. Myślę, że jakiś czas temu to wydawało się nie do pomyślenia. Sport czasami pisze jednak nieoczywiste historie. Wystarczy, że coś nie zagra i wynik potrafi być zaskakujący. Dla całego toruńskiego środowiska to był trudny moment. Najważniejsze, że od razu pojawił się plan odbudowy. Ja oczywiście uważnie śledziłem mecze drużyny w pierwszej lidze i bardzo mocno kibicowałem. Ktoś może pomyśleć, że było inaczej, ale trzymałem kciuki za zespół i szczerze życzyłem awansu. Ta ekipa nadal była mi bardzo bliska. Klub z takim stadionem i taką historią nie powinien jeździć w niższej klasie rozgrywkowej. Jego miejsce jest w ekstralidze. Dobrze, że udało się wrócić na właściwe tory.

Po awansie Torunia do ekstraligi postanowiłeś odejść z Częstochowy i znowu jeździć w macierzystej drużynie. Skąd taka decyzja?

Pierwsze rozmowy odbyłem z częstochowskim klubem, żeby być w porządku wobec działaczy. Prezes Włókniarza na pewno chciał kontynuować współpracę, ale kiedy pojawiła się oferta z Torunia, to postanowiłem z niej skorzystać. Widziałem ogromną chęć ze strony klubu, żeby sprowadzić mnie z powrotem, a ja w dalszym ciągu czułem jakiś sentyment do tego miejsca. To nie była łatwa decyzja, ale cieszę się, że tak wyszło. Chyba po prostu chciałem pomóc drużynie po awansie do ekstraligi i pokazać, że znowu mogę być jej silnym punktem. Wydaje mi się, że wracam jako zupełnie inny zawodnik, który może zaoferować znacznie więcej na torze.

Spodziewałeś się, że tak szybko wrócisz do Torunia czy zakładałeś, że przez dłuższy czas będziesz napędzał swoją karierę gdzie indziej?

Na pewno niczego nie planowałem z wyprzedzeniem. W żużlu chyba nie da się tak zrobić. To wszystko wychodzi samo z siebie z sezonu na sezon. Najpierw skupiasz się na tym, żeby przejechać wszystkie mecze na odpowiednim poziomie, a potem myślisz co dalej i podejmujesz najlepszą w danej chwili decyzję.

Kiedy przychodziłeś do Torunia, to wiedziałeś, że będziecie mieli o jednego seniora więcej w kadrze. Teraz sytuacja jest już jasna, bo Tobiasz Musielak został wypożyczony do Krosna, ale czy na początku nie było obaw, że trzeba będzie walczyć o miejsce w składzie?

Miałem nadzieję, że moja pozycja będzie pewna i nie dam żadnych argumentów, żeby odsunąć mnie od składu. Ja zresztą jasno wyraziłem swoje stanowisko w momencie negocjowania kontraktu. Nie przychodziłem tutaj, żeby walczyć ze swoimi kolegami, bo to do niczego nie prowadzi. Wystarczy, że w każdym biegu ligowym mam dwóch rywali z przeciwnej drużyny, których muszę pokonać. Na pewno nie zgodziłbym się na ściganie spod taśmy na treningach i wożenie się po płotach. Na szczęście klub miał podobne zdanie w tej sprawie i racjonalnie podszedł do tematu. Od samego początku mieliśmy spory komfort.

Co znaczy dla Ciebie jazda w macierzystej drużynie?

Myślę, że to ma jakiś szczególny wymiar. Wychowankowi zawsze nieco bardziej zależy, żeby drużyna jechała na odpowiednim poziomie. Przy okazji każdego biegu kibicuje się kolegom ze znacznie większymi emocjami, bo chce się jak najlepiej dla klubu. Myślę, że wzrasta poczucie odpowiedzialności. Barwy mają dla mnie ogromne znaczenie. Podchodzę do tego w taki sposób, jakbym miał pielęgnować coś własnego i bliskiego mojemu sercu. W macierzystej drużynie jeździ się też z myślą o wszystkich legendach, które kiedyś pisały wielką historię. Na pewno chciałoby się kontynuować ich dzieło i dawać powody do dumy. Przyznam, że przykładam dużą wagę do wątków niezwiązanych bezpośrednio ze ściganiem.

W takim razie pewnie cieszysz się również z powrotu do legendarnej nazwy Apator.

Moim zdaniem to ma spore znaczenie. Jedną z pierwszych rzeczy, które zapamiętałem z początkowych wypadów na żużel, była właśnie ta nazwa. To powtarzało się na każdym kroku. Myślę, że to nadaje fajny klimat. Kibice na trybunach zawsze krzyczeli „Apator”, nawet jak drużyna nazywała się inaczej. To jest zakorzenione w naszej świadomości. Teraz wszystko jest na swoim miejscu. Wiadomo, że czas leci nieubłaganie do przodu i wiele się zmienia. Pewnych rzeczy nie da się odtworzyć, ale każdy przejaw powrotu do korzeni należy postrzegać jako bardzo dużą wartość.

W ostatnich latach sporo mówiło się o tym, że w Toruniu szwankuje atmosfera i nie ma ducha drużyny. Jak jest tym razem?

Ja czuję się tu bardzo dobrze. Myślę, że w Toruniu wiele rzeczy zmieniło się na korzyść. Na pewno można wyczuć pozytywną energię. Atmosfera jest przyjazna i wszyscy się dogadujemy. Nowi zawodnicy bardzo dobrze się odnaleźli i szybko stali się integralną częścią zespołu. Uważam, że tworzymy zgraną ekipę i możemy dzięki temu wiele zyskać. Wszyscy złapaliśmy też bardzo dobry kontakt z trenerem, a to jest jeden z kluczy do sukcesu.

Jak wiele do drużyny wnosi Tomasz Bajerski?

Według mnie to jest bardzo dobre rozwiązanie, że za drużynę odpowiada człowiek z naszego środowiska, były zawodnik i wychowanek tego klubu. On czuje ten sport i wie co należy zrobić, żeby wszystko funkcjonowało na odpowiednim poziomie. Znowu mogę współpracować z trenerem, który zdaje sobie sprawę czego potrzeba zawodnikom. Tomasz Bajerski przed laty zrobił bardzo dużo dla tego klubu. Myślę, że dla niego to fajna opcja, że teraz wrócił w roli szkoleniowca, znowu reprezentuje macierzystą drużynę i może pisać nową historię. Widać, że jemu mocno zależy na wyniku. Stara się i robi wszystko, żebyśmy czuli się komfortowo i mieli dobrze przygotowany tor. Z jego perspektywy nie ma miejsca na niedoróbki. Uważam, że obsadzenie go w roli trenera było strzałem w dziesiątkę. Teraz my musimy odwdzięczyć się dobrą jazdą. Wiadomo, że nikt nie wsiądzie za nas na motocykle i nie będzie zdobywał punktów. Warunki do pracy mamy jednak świetne i trzeba to doceniać.

Włodarze celują w tym sezonie w bezpieczne utrzymanie. Twoim zdaniem to jest szczyt marzeń czy jesteście w stanie pokusić się o coś więcej?

Jak słyszę, że Toruń ma walczyć o utrzymanie, to staram się nie przywiązywać do tego większej wagi. Jednym uchem wpuszczam takie głosy, a drugim wypuszczam. Uważam, że mamy za duże ambicje, żeby zadowolić się miejscem w dolnych rejonach tabeli i nie myśleć o czymś więcej. Będziemy jechać o jak najlepszą pozycję i zobaczymy co z tego wyjdzie. Mamy młodą i waleczną drużynę, która może zagwarantować całkiem niezły wynik. W dotychczasowych spotkaniach pokazaliśmy, że dysponujemy sporym potencjałem i potrafimy zaskakiwać.

W tym roku macie jeździć bez presji wybujałych oczekiwań i ugrać jak najwięcej.

Takie podejście na pewno daje psychiczny komfort i może mieć pozytywny wpływ na wynik. Jak zawodnik czuje się bezpieczny i nie ma za dużo na głowie, to od razu jeździ mu się lepiej. To jednak nie znaczy, że przestaniemy od siebie wymagać. Nie ma mowy o lekceważeniu swoich obowiązków. Pewien poziom trzeba trzymać.

Jak wiele możesz i chciałbyś dać drużynie w tym sezonie?

Jak najwięcej się da. W każdym meczu zamierzam dawać z siebie maksimum. Mam nadzieję, że moich punktów nie będzie brakować. Wejście w sezon mam naprawdę dobre, więc na razie wygląda to obiecująco. Wiem jednak, że może być jeszcze lepiej. Chciałbym powoli wracać do formy sprzed lat i nabierać coraz większego rozpędu.

Jak widzisz swoją żużlową przyszłość?

Mam nadzieję, że znalazłem się na właściwej drodze, żeby stopniowo przebijać się coraz wyżej. Liczę, że po tych wszystkich problemach i zawirowaniach z ostatnich sezonów będzie szło mi coraz lepiej. Na pewno marzę, żeby kiedyś znaleźć się w stawce najlepszych zawodników świata i jeździć w cyklu Grand Prix. To jest jakiś plan na przyszłość, który ma motywować mnie do ciężkiej pracy. Ambicje mam wysokie i robię wszystko, żeby im sprostać. Za jakiś czas przekonamy się co z tego wyjdzie. W mojej głowie siedzą jakieś wizje i założenia na kolejne lata, ale nie chcę też wszystkiego zdradzać, bo wtedy może się nie spełnić. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak zdrowie. Żeby cokolwiek zdziałać, tego musi być pod dostatkiem.

Rozmawiał: Karol Śliwiński