Aktualności

W drodze po złoto. Czas na wielki finał sezonu!

Nad Toruniem wciąż jeszcze unoszą się opary spalonego przez drużynę sezonu, ale powoli z coraz większym optymizmem można spoglądać w przyszłość. Emocje związane z rozgrywkami ligowymi – a raczej ich brak – przeminęły dobrych kilka tygodni temu, ale to nie znaczy, że Motoarena spowiła się w zimowym śnie i leniwie czeka na pierwsze oznaki wiosny. To jeszcze nie koniec sezonu w Grodzie Kopernika. Przed nami być może najważniejsze żużlowe wydarzenie dekady. 

Już w sobotę 5 października oczy wszystkich sympatyków czarnego sportu będą zwrócone w kierunku Torunia, ponieważ to właśnie tutaj odbędzie się ostatnia runda tegorocznego cyklu Speedway Grand Prix. Kibice spod biało-czerwonej flagi wyczekują tych zawodów z wypiekami na twarzy, ponieważ ich rodak Bartosz Zmarzlik stoi przed szansą sięgnięcia po złoto. Kluczowe pytanie przed rozpoczęciem toruńskiego turnieju brzmi, czy Polak zdoła obronić prowadzenie w klasyfikacji generalnej i zostanie trzecim w historii polskim Mistrzem Świata?

Mistrz na wstecznym

Przed rozpoczęciem sezonu 2019 wydawało się, że głównym faworytem do złota będzie ubiegłoroczny  czempion Tai Woffinden. Taki wniosek dało się wyciągnąć na bazie przekazów medialnych i zapowiedzi samego zawodnika. „Woffy” po raz trzeci w karierze stanął na najwyższym stopniu podium i postanowił sobie, że rzuci wyzwanie najbardziej ozłoconym w historii Mistrzostw Świata Tony’emu Rickardssonowi i Ivanowi Maugerowi, czyli zdobywcom sześciu złotych krążków. To miało budować jego motywację. Sam zresztą był pewny swoich możliwości, ostrzegał rywali przed drzemiącą w nim siłą i ostrzył sobie zęby na atakowanie najbardziej spektakularnych żużlowych rekordów. Nie bez powodu zwykło się jednak mawiać, że obrona mistrzowskiego tytułu jest znacznie trudniejsza, niż jego wywalczenie. Tegoroczna postawa Woffindena jest kolejnym potwierdzeniem tej niepisanej reguły. 

Bojowe nastawienie niespecjalnie mu pomogło, odważne zapowiedzi okazały się być może zbyt… odważne, a zeszłoroczna skuteczność pozostała jedynie wspomnieniem. Wystarczy zaznaczyć, że Brytyjczyk ani razu w tym sezonie nie jechał w wielkim finale, a do półfinału wjechał zaledwie dwa razy. Na koncie ma tylko dwa biegowe zwycięstwa, przy czym pozostali uczestnicy Mistrzostw Świata, z wyjątkiem Iversena, Lindbaecka i rezerwowych, co najmniej dziesięć. Oczywiście należy pamiętać, że Woffindenowi na przeszkodzie stanęła kontuzja, która wykluczyła go z rywalizacji w Pradze i Hallstavik, ale już nawet sam zawodnik daje do zrozumienia, że nie można tym wszystkiego tłumaczyć. To po prostu nie jest sezon Brytyjczyka. W pewnym sensie podzielił on los poprzedniego czempiona, Jasona Doyle’a, który przed dwoma laty również dominował na światowych arenach, a teraz już drugi sezon z rzędu nie może się odnaleźć.

Postawić ptaszka

U progu sezonu trudno było jednak przewidzieć późniejsze problemy Woffindena, dlatego środowisko żużlowe bardzo często umieszczało go jako głównego rywala Polaków w walce o ewentualne złoto. Biało-czerwonym po raz kolejny starano się przypomnieć, że powinni udowodnić, kto rządzi w światowym żużlu i przyklepać tytuł Mistrza Świata, bo przecież dziewięć lat oczekiwania od czasu ostatniego mistrzostwa Tomasza Golloba to stanowczo za dużo, biorąc pod uwagę pozycję czarnego sportu w kraju nad Wisłą. Niektórzy zapominają jednak, że droga prowadząca na szczyt jest kręta i wyboista, a na dodatek wydeptana przez kilku innych zawodników, którzy również pragną być numerem jeden. Presja wywierana na Polaków momentami jest zdecydowanie zbyt wyraźna. 

Czasami traktujemy złoto Mistrzostw Świata jak jeden ze składników na liście zakupów, którego wrzucenie do koszyka po prostu odhaczymy zamaszystym „ptaszkiem”, nie biorąc pod uwagę, że w pewnym momencie może nam po prostu spowszechnieć. Nie tędy droga. Znacznie lepiej będzie smakował owoc, którego nie możemy kosztować zbyt często. W ciemno zakładamy jednak, że Polacy zawsze będą w grze o najcenniejsze trofeum, niejako wymagając od nich, żeby stanęli na najwyższym stopniu podium. Mamy świadomość drzemiącego w nich potencjału, ale pamiętajmy, że to tylko sport. Nie odbierajmy im radości z jazdy i możliwości stopniowej realizacji wyznaczonych celów. Zostawmy trochę większą przestrzeń na złapanie oddechu i wyciąganie wniosków. Brzmi sensownie, choć w rzeczywistości to pewnie tylko zbiór pobożnych życzeń.

My też tu jesteśmy

Szczyt absurdu został osiągnięty już na początku sezonu. W pewnym momencie uwaga środowiska i mediów koncentrowała się przede wszystkim na Woffindenie i Polakach, więc niezbyt obeznany z tematem kibic mógłby pomyśleć nawet, że poza nimi w stawce nie ma już żadnych wartych uwagi zawodników. Na szczęście byli i – co najważniejsze – potrafili udowodnić swoją wartość. Patrząc na klasyfikację generalną, spośród obcokrajowców najbardziej wybili się w tym sezonie Leon Madsen i Emil Sajfutdinow. Obaj mają wielkie możliwości, ale przed sezonem pewnie nie wszyscy by na nich postawili. Przez ostatnie lata stali się jednak pierwszoplanowymi postaciami swoich drużyn w polskiej lidze, a teraz zaczęli przekładać wysoką formę również na rozgrywki międzynarodowe. 

Madsen przed rokiem został Mistrzem Europy i wreszcie dostał przepustkę do światowego czempionatu. Przed sezonem sugerował, że chciałby się włączyć w walkę o najwyższe cele. Wtedy można było patrzeć na te wypowiedzi z delikatnym przymrużeniem oka, ale okazuje się, że niesłusznie. W dotychczasowych dziewięciu rundach cyklu Grand Prix Duńczyk sześciokrotnie meldował się na podium. Przez długi czas to właśnie on dzierżył miano lidera klasyfikacji generalnej, ale nieco słabsze występy w Teterow i Vojens zrzuciły go na trzecie miejsce. 

A Sajfutdinow? W tym roku wystrzelił jak rakieta uwalniana z dobrej jakości wyrzutni. Wszyscy pamiętamy jego popis w debiutanckim sezonie 2009, kiedy sięgnął po brązowy medal. Cztery lata później miał szansę na złoto, ale poważna kontuzja pozbawiła go szansy dopełnienia dzieła. Potem zrobił sobie przerwę i wrócił do cyklu Grand Prix dopiero w 2017 roku. Jego powrót był mocno wyczekiwany, ale forma pozwalała walczyć co najwyżej o bezpieczne utrzymanie. W tym roku jest inaczej. Sajfutdinow po raz pierwszy od sześciu lat wygrał pojedynczy turniej, zaczął punktować na znacznie wyższym poziomie i jeździć z dawnym „pazurem”. Na razie jest wiceliderem klasyfikacji generalnej i wszystko wskazuje na to, że po dziesięciu latach przerwy znowu sięgnie po medal Mistrzostw Świata.

Będzie ich troje?

Jakkolwiek pozytywnie można oceniać tegoroczne występy Leona Madsena i Emila Sajfutdinowa, to przed ostatnią rundą cyklu Grand Prix wszystkie reflektory zwrócone są w kierunku Bartosza Zmarzlika, ponieważ to właśnie on przewodzi klasyfikacji generalnej i pojedzie do Torunia jako główny kandydat do zgarnięcia tytułu Mistrza Świata. Polak uzbierał dotychczas 118 punktów i ma siedem oczek przewagi nad drugim Sajfutdinowem i dziewięć oczek nad trzecim Madsenem. Być może już w sobotę spełni się sen polskich kibiców o trzecim w historii po Jerzym Szczakielu i Tomaszu Gollobie Mistrzu Świata. Pozycja Zmarzlika jest przede wszystkim efektem ciężkiej pracy i niespotykanego wręcz uporu. Ten chłopak jest zakochany w żużlu. Wystarczy popatrzeć z jaką pasją opowiada o swoich udanych występach, a jednocześnie jak bardzo frustrują go nieudane wyścigi. Wydaje się, że godzinami mógłby rozmawiać o swoich startach z członkami teamu i kolegami z toru. Na każdym kroku dąży do perfekcji i dojrzewa jako zawodnik. Zmarzlik znalazł też swój szczęśliwy talizman. Stały się nim rozmowy z jedynym w swoim rodzaju mentorem, przewodnikiem i nauczycielem – Tomaszem Gollobem. Trudno jednoznacznie stwierdzić na ile rzeczywiście one okazują się pomocne, ale na pewno pozytywnie oddziałują na sferę mentalną Polaka. 

Zmarzlik tak naprawdę potrzebuje zdobyć na Motoarenie 15 punktów, żeby nie oglądać się na rywali i zacisnąć pięść na pucharze przyznawanym za zdobycie tytułu Mistrza Świata. Z takim właśnie wynikiem udało mu się zakończyć zawody przed rokiem. Polak może nie zawsze najlepiej radził sobie na toruńskim torze podczas rozgrywek ligowych, ale przy okazji turniejów Grand Prix za każdym razem meldował się w czołówce. Rok temu był piąty, a dwa wcześniejsze turnieje zakończył na trzecim miejscu. Statystyki stoją zatem po jego stronie. Zmarzlik konsekwentnie przybliża się do żużlowego szczytu. W swoim debiutanckim sezonie zdobył brązowy medal, a przed rokiem sięgnął po srebro. Teraz stoi przed szansą, żeby wykonać kolejny krok naprzód. Początek sezonu być może nie zwiastował walki o złoto, ale z biegiem czasu zawodnik łapał coraz większy wiatr w żagle i rozpędził się do tego stopnia, że zaczął przewodzić stawce. Zmarzlik wygrał w tym sezonie trzy rundy Mistrzostw Świata i pięć razy stawał na podium. Trzy ostatnie turnieje zakończył w czołowej trójce i za każdym razem zdobywał co najmniej 15 punktów. To potwierdza, że zawodnik jest mocny i niezwykle regularny.

U reszty krucho

Postawa Zmarzlika na pewno mocno osładza sezon 2019 polskim kibicom, których oczekiwania sięgają naprawdę bardzo wysoko. Gdyby nie on, zapewne swoim zwyczajem uznaliby ten sezon za stracony. Pozostali Polacy faktycznie w tym sezonie nie brylują, ale oni cały czas się uczą i poznają siebie oraz specyfikę czarnego sportu. Na pewno nie należy ich karcić za to, że nie walczą o medale, ponieważ swoją ambicją i zaangażowaniem udowadniają, że na to nie zasłużyli. Pamiętajmy, że w żużlu karta może się bardzo szybko odwrócić. W tej chwili Patryk Dudek i Maciej Janowski walczą o utrzymanie w cyklu Grand Prix na kolejny sezon. 

Początek sezonu nie wskazywał, żeby ten sezon miał być tak trudny dla „Duzersa”, ponieważ w trzech pierwszych rundach regularnie meldował się w finale i dwukrotnie stawał na najniższym stopniu podium. W tym czasie był nawet współliderem klasyfikacji generalnej. Potem jednak przyszła znacznie słabsza seria, która poskutkowała tylko dwukrotnym awansem do półfinału. Dwa ostatnie turnieje reprezentant klubu z Zielonej Góry kończył natomiast poza czołową dziesiątką. W Toruniu będzie musiał się przełamać, żeby nie stracić pozycji wśród najlepszych żużlowców świata. Miejsce wydaje się dobre, ponieważ to właśnie tutaj przed dwoma laty wygrał swój pierwszy turniej w karierze. 

Spory niedosyt, podobnie jak Dudek, może odczuwać również Janowski. Polak stracił pierwszą rundę w Warszawie z powodu kontuzji i już na starcie został w tyle za rywalami. Kiedy wrócił do ścigania, potrzebował czasu na rozjeżdżenie, co poniekąd odbiło się na wynikach, ale nie na tyle, by przekreślić marzenia o korzystnym wyniku na koniec sezonu. Na początku lipca „Magic” wszedł na znacznie wyższe obroty, ponieważ zajął trzecie miejsce w Hallstavik i Malilli, a pod koniec sierpnia wygrał w Teterow. Polak był tak napędzony, że walka o jeden z medali zaczęła wydawać się coraz bardziej realna. Niestety dwie ostatnie rundy pozbawiły go złudzeń. Szacunek za waleczność wydaje się jednak jak najbardziej wskazany. 

Nie należy zapominać również o czwartym z Polaków w tegorocznej stawce Grand Prix, czyli Januszu Kołodzieju. On akurat stracił już szansę na utrzymanie i wiadomo, że po sezonie 2019 pożegna się z mistrzowskim cyklem. Bez wątpienia to jeden z najciekawszych zawodników w stawce. Od wielu tygodni wszyscy starają się znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego żużlowiec, który tak wyśmienicie radzi sobie w polskiej lidze, nie potrafi odnaleźć się w Mistrzostwach Świata i walczyć o wysoką pozycję. „Koldiemu” nikt jednak nie dał miejsca w elicie za darmo. Wywalczył je sobie samodzielnie, czym na pewno delikatnie zaskoczył żużlowe środowisko. Wydawało się, że będzie skupiał się raczej na rozgrywkach ligowych, a jednak postanowił wnieść się na znacznie wyższy poziom. Jego punktacja być może nie rzuca na kolana, ale przecież wygrał w Pradze i wjechał do wielkiego finału we Wrocławiu. Tych osiągnięć nikt mu już przecież nie zabierze, a przy okazji warto się nimi pochwalić. 

Dzikie zapędy

Nie zapominajmy, że na Motoarenie wystąpi jeszcze jeden z biało-czerwonych, czyli Adrian Miedziński, który dostał od organizatorów jednorazową dziką kartę. „Miedziak” na początku tygodnia ogłosił na konferencji prasowej, że po dwóch latach spędzonych w zespole z Częstochowy wraca do macierzystej drużyny z Torunia. W sobotę będzie miał okazję oficjalnie przywitać się z publicznością i swoim domowym stadionem. Na pewno warto zwrócić na niego uwagę, ponieważ w przeszłości potrafił już namieszać w stawce, jadąc z dziką kartą. Najlepszym tego dowodem jest sezon 2013, kiedy wjechał do wielkiego finału i kapitalnie rozegrał ostatni wyścig dnia, stając dzięki temu na najwyższym stopniu podium. 

Nie da się ukryć, że w sobotę Polacy na pewno będą na cenzurowanym u najbardziej radykalnych fanów, doszukujących się przejawów jazdy zespołowej w zawodach indywidualnych, w myśl zasady „pomagać naszym i „szkodzić” nie naszym”. Na pewno będzie wracać wątek, który wypłynął na powierzchnię przy okazji wielkiego finału TAURON SEC w Chorzowie, kiedy Paweł Przedpełski okazał się tym złym, bo walczył o podium w zawodach i nie przepuścił Kacpra Woryny, otwierając mu tym samym drogi do brązowego medalu europejskiego czempionatu, bez konieczności rozgrywania biegu dodatkowego z Leonem Madsenem. Miejcie się zatem na baczności i liczcie punkty – nie tylko swoje, ale też rywali. A podczas wyścigu to najlepiej w ogóle nie skupiajcie się na ściganiu, tylko oglądajcie się naokoło siebie, analizując w międzyczasie co tu zrobić, żeby jakoś pomóc „naszemu”. 

A już zupełnie na poważnie – zawody indywidualne mają to do siebie, że w boksach zawodników nie ma podziału na naszych i nie naszych. Takim myśleniem mogą kierować się kibice, ale nie żużlowcy. Tutaj każdy jest potencjalnym rywalem, którego trzeba po prostu pokonać, bo w przeciwnym wypadku można narazić się na sportową szkodę. Na torze wszyscy są kowalami własnego losu i walczą o to, co ten los pozwala im w danej chwili osiągnąć. Poza torem mogą się pośmiać i powygłupiać, ale podczas zawodów szesnastu chłopów rzuca się w pogoń za szczytem, gdzie miejsce znajdzie się tylko dla jednego z nich. Zatem po prostu pokażcie drzemiącą w Was w moc i energię. Waszą waleczność i nieustępliwość na pewno będą chcieli obejrzeć zgromadzeni na stadionie kibice. Oczywiście wszystko w granicach fair-play, a nie po trupach. O tym nie zapominajmy.

Liczy się każdy punkt

Wydaje się, że przed zawodami w Toruniu znamy już zawodników, którzy staną na podium Mistrzostw Świata. Zmarzlikowi, Sajfutdinowowi i Madsenowi tak naprawdę może zagrozić jeszcze tylko brązowy medalista sprzed roku, Fredrik Lindgren, który traci 11 punktów do trzeciego miejsca, 13 do drugiego i 20 do pierwszego. Na chłopski rozum wydaje się to jednak mało prawdopodobne. Czwarty w klasyfikacji generalnej Lindgren, podobnie jak znajdujący się tuż za jego plecami Martin Vaculik na pewno pozytywnie rokowali w kontekście korzystnego wyniku na koniec sezonu, ale obu zabrakło regularności. Obaj trzykrotnie stawali na podium pojedynczych turniejów, ale dwukrotnie plasowali się też poza czołową dziesiątką. Przy znacznie bardziej konsekwentnych w zakresie punktowania na wysokim poziomie Zmarzliku, Sajfutdinowie i Madsenie, trudno o przebicie się do czołowej trójki. 

Podział medali nadal pozostaje jednak sprawą otwartą. Różnice punktowe między Polakiem, Rosjaninem i Duńczykiem nie są na tyle duże, żeby nie mogło dojść do przetasowań na szczycie klasyfikacji generalnej. Kluczowe będzie poradzenie sobie z presją, utrzymanie nerwów na wodzy i skupienie się na pracy, którą trzeba wykonać na torze. Cała trójka ma jednak świadomość stojącej przed nimi szansy. Żaden z nich nie zamierza odpuszczać. Dowiedli temu już podczas ostatniej rundy w Cardiff, kiedy wjechali do wielkiego finału i obsadzili całe podium. Potwierdzili tym samym kto w tej chwili przewodzi światowemu żużlowi i między kim będzie rozstrzygała się kwestia złotego medalu. Wszyscy są napędzeni i gotowi do walki. Można spodziewać się, że na Motoarenie rywalizacja ponownie toczyć się będzie w oparciu o możliwie najwyższe zdobycze punktowe. 

To jednak nie jedyne emocje, które czekają kibiców sobotniego wieczora. Zmagania w czubie klasyfikacji generalnej to jedno, bowiem równie interesująco jest w grupie walczącej o utrzymanie w cyklu Grand Prix na kolejny sezon. Siódmego Patryka Dudka i dziesiątego Artioma Łagutę dzieli tylko sześć punktów. Pod kreską, oprócz Rosjanina, znajduje się jeszcze Jason Doyle, a to na pewno nie są zawodnicy, którzy chcieliby się pożegnać z rywalizacją w Mistrzostwach Świata. Nie trudno zauważyć, że na Motoarenie każdy punkt może mieć niebagatelne znaczenie. Najpierw trzeba maksymalnie wyżyłować swój dorobek, w międzyczasie obserwować czy rywale gubią punkty, a na koniec wszystko podliczyć i zobaczyć, które miejsce zajmuje się w światowym szeregu.

Naprawić jubileusz

Na Motoarenie już po raz piąty w historii poznamy żużlowego Mistrza Świata. Dotychczas dwukrotnie złoty krążek odbierał tu Tai Woffinden, a po jednym razie Greg Hancock i Chris Holder. Być może w sobotę do tego zacnego grona dołączy Polak – Bartosz Zmarzlik. Oczywiście w tej grupie równie dobrze mogą znaleźć się także Emil Sajfutdinow lub Leon Madsen. To już panowie rozstrzygną między sobą na torze. Jednego można być pewnym. Stadion zapełni się do ostatniego miejsca, a atmosfera będzie taka, której w Grodzie Kopernika już dawno nie widziano. To nie zdarza się na co dzień, żeby Polak miał realną szansę zostać Mistrzem Świata, dlatego tak bardzo nas to ekscytuje. W przeciwnym wypadku zapewne przeszłoby bez większego echa. Motoarena dotychczas była szczęśliwym miejscem dla Polaków. Dopiero przed rokiem zdarzyło się, by żaden z biało-czerwonych nie stanął na podium. Teraz można potwierdzić, że to był jedynie wypadek przy pracy. W przeszłości po srebrne medale Mistrzostw Świata sięgali tu Jarosław Hampel, Krzysztof Kasprzak i Bartosz Zmarzlik. Czy teraz Polak pójdzie o krok dalej? Trybuny na pewno będą starały się go ponieść, ale czy to na pewno pomoże? 

Tak naprawdę trudno wyobrazić sobie lepsze okoliczności i miejsce do sięgnięcia po złoto. Nie należy zapominać, że w tym sezonie obchodzimy jubileusz dziesięciolecie istnienia Motoareny. Co prawda miejscowa drużyna „uczciła” go pierwszym w historii spadkiem do niższej ligi, ale wciąż można to jeszcze naprawić. Na dodatek przed nami dziesiąta w historii runda Grand Prix na toruńskim torze. Każdy bieg na pewno będzie wywoływał spore emocje. W tym momencie trudno wskazać jednoznacznego faworyta, ponieważ  poprzednie turnieje za każdym razem wygrywał inny zawodnik. Sytuacja w klasyfikacji generalnej powoduje jednak, że każdy będzie walczył o swoje. Nadchodzi czas ostatecznych rozstrzygnięć.  Kto najlepiej poradzi sobie z presją i wygra wyścig po marzenia? Odpowiedzi na wszystkie pytania poznamy podczas Grand Prix Polski w Toruniu. Niech taśma wreszcie idzie w górę!

Karol Śliwiński