Pandemia koronawirusa wprowadziła spore zamieszanie do świata czarnego sportu. W tym roku zawodnicy muszą przyzwyczaić się do żużla w zupełnie innym wydaniu. Wszystkie zawody odbywają się w reżimie sanitarnym, a wiele imprez zostało przełożonych lub odwołanych. Żużlowcy najpierw mieli zakłócone przygotowania do sezonu, a teraz muszą liczyć się z niewielką liczbą startów i mniejszymi zarobkami. O odnajdywaniu się w nowej rzeczywistości i uprawianiu żużla w dobie pandemii opowiada nowy zawodnik eWinner Apatora Toruń, Tobiasz Musielak. 

Jak reagowałeś na pierwsze doniesienia związane z koronawirusem?

Na początku nie było zbyt wielu przesłanek zapowiadających wielkie zagrożenie, ale potem to wszystko zaczęło się nasilać i stopniowo do nas docierać. Wtedy musieliśmy potraktować to poważnie, chociaż stało się to dopiero po pewnym czasie. Pierwotnie każdy myślał, że ta choroba minie po dwóch, trzech tygodniach i szybko wrócimy do naszego normalnego życia. Teraz widzimy jednak, że mijają kolejne miesiące, a my nadal mówimy o wielu znaczących skutkach i problemach wywołanych pandemią. Ludzkość na pewno została skazana na ciężką przeprawę. Nagle trzeba było zjednoczyć się w jednym temacie i poświęcić mu całą uwagę.

W stosunkowo krótkim czasie wszyscy zostali wrzuceni do zupełnie innego świata i musieli modyfikować swoje plany. Jak wielkie zamieszanie cała ta sytuacja wprowadziła do Twojego sportowego życia?

Praktycznie wszystko zostało zachwiane. Nie mogłem jeździć na motocyklu i kontynuować przygotowań do sezonu zgodnie z nakreślonym wcześniej planem. Trzeba było wracać na salę treningową i podtrzymywać formę fizyczną. Miałem wrażenie, jakbym musiał przepracować drugą zimę. Wydaje mi się, że cała gospodarka odczuła ten kryzys. Wszyscy mieliśmy pod górkę, ponieważ budżety zawodników i klubów zostały poważnie uszczuplone. Na szczęście teraz jesteśmy już trochę bardziej do przodu, ale z perspektywy czasu to trwało naprawdę strasznie długo. Trzeba było siedzieć i czekać na poprawę sytuacji.

Jak zdołałeś przetrwać ten czas?

Nie ukrywam, że było trudno. Gdyby nie pomoc przyjaciół i sponsorów, to chyba byłoby kiepsko. W tej chwili tak naprawdę mógłbym robić już coś zupełnie innego w życiu niż jeździć na żużlu. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Miałem jednak podpisany kontrakt w Toruniu, więc wiedziałem, że nie mogę wykręcić żadnego numeru i muszę wszystko poskładać. Cały czas przygotowywałem się najlepiej, jak tylko potrafiłem i robiłem wszystko tak, jak powinno być zrobione. Bardzo pomogli mi ludzie, których miałem wtedy wokół siebie.

Co robiłeś podczas przymusowej izolacji?

Na początku nie mogliśmy nigdzie wychodzić, więc pierwsze dwa, trzy tygodnie przesiedziałem w domu. To był naprawdę szczególny okres, ponieważ nie byłem przyzwyczajony do czegoś takiego. Potem pojawiło się delikatne luzowanie obostrzeń i jakoś to wszystko zaczęło zmierzać do przodu. Możliwość wychodzenia na zewnątrz pozwalała patrzeć w przyszłość z nieco większym optymizmem. Na co dzień pomagałem też rodzicom w gospodarstwie, ponieważ miałem znacznie więcej wolnego czasu. Wsparcie na pewno się przydaje, żeby mama i tata nie zostawali z tym wszystkim sami. Moje żużlowe życie od zawsze łączyło się z pomocą rodzicom, więc dla mnie to nie było nic nadzwyczajnego.

Wspomniałeś wcześniej o konieczności powrotu do treningów, żeby podtrzymać formę fizyczną. Zastanawiam się czy nie miałeś problemu z motywacją, skoro normalnie powinieneś robić w tym czasie coś zupełnie innego, a poza tym na początku nie wiedziałeś jak będzie wyglądała przyszłość…

Ja trenowałem w bardzo miłym gronie u doktora Misiaka, zatem dobrze wspominam tamten czas. Skupialiśmy się na doskonaleniu sfery mentalnej i polepszaniu sposobu myślenia, ale nie tylko. To nie było na tej zasadzie, że nagle wróciliśmy do treningów siłowych. W tym wypadku należało podążać całkowicie innym torem. Musieliśmy dostosować się do okoliczności i stworzyć coś zupełnie nowego. Patrząc z perspektywy czasu, uważam, że daliśmy radę. W momencie, kiedy można było zacząć spotykać się z innymi, dołączyli do mnie Kacper Pludra i Bartek Smektała z Unii Leszno. Tworzyliśmy naprawdę fajną ekipę treningową. Pamiętam, że któregoś razu trochę się pościgalismy na pit bike’ach w sadzie pomiędzy drzewami u doktora Misiaka. Mam wrażenie, że ten model współpracy bardzo się nam sprawdzał. Jesteśmy zadowoleni z tego okresu, który przepracowaliśmy w zupełnie inny sposób. Na treningach było wesoło, więc nie mieliśmy poczucia, że to jest dla nas trudny i demotywujący czas.

Jak bardzo brakowało Ci Twojego normalnego trybu życia i jazdy na żużlu?

Odnoszę wrażenie, że potrafiłem się odnaleźć w nowej sytuacji. Na pewno nie czułem się zagubiony i zmęczony mentalnie, ponieważ byłem bardzo zapracowany. Codzienne obowiązki nie pozwalały na myślenie o głupotach i tworzenie strasznych wizji. Czas minął mi naprawdę bardzo szybko. W zasadzie nie zdążyłem się obejrzeć, a już mogłem wypatrywać startu rozgrywek i myśleć o przygotowaniach do wyjazdu na tor. Byłem bardzo zadowolony z możliwości rozpoczęcia sezonu w Polsce. Cieszę się, że znowu jesteśmy w okresie, kiedy możemy się ścigać. Wydaje mi się, że znaleźliśmy się w dużo lepszym położeniu niż zakładaliśmy kilka miesięcy temu, więc należy to docenić.

Miałeś jakiś plan awaryjny, gdyby rozgrywki jednak nie mogły wystartować?

Jasne, że tak. Na pewno miałbym co robić. Myślę, że nadal pomagałbym rodzicom, a poza tym pracowałbym jako trener personalny na siłowni u mojego przyjaciela. Zapewne jakoś bym się odnalazł w tej niecodziennej sytuacji. Prawda jest taka, że człowiek zawsze powinien mieć jakieś plany na wypadek nieoczekiwanych zdarzeń. Jeżeli będzie dopisywało mi zdrowie, to moja kariera może potrwać jeszcze z 15 lat, ale mimo tego już dzisiaj chciałbym wiedzieć co mniej więcej mógłbym robić potem. Warto jest naszkicować sobie delikatnie perspektywę na przyszłość.

Nie czułeś żadnych obaw przed powrotem do rywalizacji? Pandemia tak naprawdę nadal nie została wygaszona. Na dodatek w ostatnim czasie przekonaliśmy się, że z dnia na dzień można trafić na przymusową izolację i przyczynić się do zakłócenia rozgrywek. Nie da się ukryć, że trochę ryzykujecie, a jednocześnie siedzicie na tykającej bombie.

Jestem świadomy, że koronawirus w dalszym ciągu szaleje, ale na pewno nie można oszaleć z tego powodu. Staram się podchodzić do tych spraw spokojnie i odpowiedzialnie. Trzeba po prostu respektować obowiązujące zasady i ufać innym. Nie można bez przerwy wszystkiego się obawiać, tylko należy próbować stawiać kolejne kroki naprzód. Nie ukrywam, że na początku trudno było przestawić się na zupełnie inne funkcjonowanie, zwłaszcza w kontaktach międzyludzkich. Człowiek był przyzwyczajony do tego, że zawsze przybijał piątkę z kolegami na powitanie, a teraz przyjmuje się, że najlepiej poprzestać na klasycznym żółwiku.

Skoro wspomniałeś o kolegach, to powiedz co sobie myślałeś, kiedy chłopacy z ekstraligi mogli rozpocząć ściganie o punkty, a Ty musiałeś czekać jeszcze dodatkowy miesiąc na początek sezonu w pierwszej lidze?

Na pewno nie było łatwo na to patrzeć, bo koledzy mogli doświadczyć bezpośredniej rywalizacji na torze znacznie wcześniej, ale ja też miałem okazję poczuć zapach spalonego oleju, bo komentowałem kilka meczów dla telewizji. Prawda jest taka, że ten miesiąc zleciał mi bardzo szybko, ponieważ rozpoczęliśmy treningi na torze i cały czas dogrywaliśmy kwestie sprzętowe. Po chwili sami mieliśmy już pierwszy mecz ligowy na horyzoncie i znaleźliśmy się w tym samym miejscu, co chłopacy z ekstraligi.

Zanim rozpoczęliście rywalizację ligową musieliście przejść testy na koronawirusa i sprawdzić, czy jesteście zdrowi. Z tego co słyszałem, to chyba nie należało do najprzyjemniejszych…

Powiem szczerze, że przechodziłem gorsze rzeczy w życiu, więc dla mnie to nie było nic szczególnie przykrego (śmiech).

Wspomniałeś wcześniej o przedsezonowych treningach na torze. Jak się czułeś na motocyklu podczas pierwszych przejazdów po tak długiej przerwie?

Na początku wkradło się trochę niepewności, ale z każdym kolejnym wyjazdem na tor mogłem patrzeć w przyszłość z większym optymizmem. Wiedziałem, że teraz może być już tylko lepiej.

W tym roku musiałeś zadowolić się jedynie treningami na własnym torze, ponieważ nie można było organizować sparingów. Czułeś się wystarczająco dobrze przygotowany do sezonu czy rozpoczynałeś rozgrywki trochę po omacku?

Na pewno delikatnie brakowało mi tego klasycznego cyklu przygotowawczego, a zwłaszcza sparingów, które można potraktować jako przedsmak spotkań ligowych. Przekonałem się na własnej skórze, że mecze kontrolne jednak coś dają, ponieważ pozwalają sprawdzić, jak wygląda się na tle rywali pod względem sprzętu i własnej dyspozycji. Dzięki temu można zyskać pewien punkt odniesienia. Okazuje się, że człowiek potrzebuje bezpośredniej rywalizacji z innymi zawodnikami. Skoro tego nie miałem, to u progu sezonu czułem się trochę słabiej rozjeżdżony i nie posiadałem takiej pewności na torze, jak powinienem.

Rozumiem, że na treningach nie da się tego wypracować?

Czasami trudno jest wyciągnąć coś sensownego z treningów, ponieważ każdy coś testuje i nie zawsze zgrywamy się pod względem najlepszych ustawień sprzętowych. Ja mogę wyjechać na tor i czuć, że mam wszystko idealnie dopasowane, ale za chwilę dowiaduję się, że kolega z drużyny stosował eksperymentalne ustawienia motocykla. W takiej sytuacji trudno jest wycelować w najlepsze rozwiązania, bo każdy ma zupełnie inne odczucia. Wiadomo, że treningi dają pewne spojrzenie, ale czasami można mieć zaburzony obraz. Dzięki sparingom na pewno byłoby znacznie łatwiej, jednakże należy pamiętać, że większość zawodników było w podobnej sytuacji i trzeba było się z tym pogodzić.

Myślisz, że zakłócone przygotowania do sezonu mogą odbijać się na Twojej skuteczności?

Na pewno nie zamierzam panikować. Na razie zachowuję spokój, ponieważ uważam, że wszystko zmierza we właściwym kierunku. Teraz jest już całkiem przyzwoicie. Ja po prostu potrzebuję kilku zawodów o stawkę, żeby zacząć jeździć na oczekiwanym przeze mnie poziomie, odnajdywać się na poszczególnych torach i umieć nad wszystkim zapanować.

Większość Twoich kolegów z drużyny zaliczyła kilka biegów o stawkę przed pierwszym meczem ligowym, ponieważ Adrian Miedziński i bracia Holderowie występowali na zasadzie gościa w PGE Ekstralidze, a Wiktor Kułakow i Jack Holder pojechali w meczu Północ-Południe. Czy Twoim zdaniem to mogło dać im jakąś przewagę na starcie?

Zdecydowanie tak. Chłopacy na pewno mieli troszeczkę łatwiej, ponieważ w obecnej sytuacji każde objechane zawody pozwalają postawić wyraźny krok naprzód w stosunku do zawodników, którzy nie mogli czegoś takiego doświadczyć. Wiadomo, że w środku sezonu ta różnica zaczyna się zamazywać, ale na początku może być widoczna.

Co wiesz o swojej dyspozycji po pierwszych poważnych zawodach w tym sezonie?

Na razie trudno wyciągać jednoznaczne wnioski, bo odjechałem tylko dwa spotkania ligowe i mistrzostwa pierwszej ligi. Wydaje mi się, że zaczynamy powoli dogadywać się ze sprzętem, ale w Toruniu czeka nas jeszcze trochę pracy, żebyśmy nie przynosili wstydu w meczach przed własną publicznością. Mamy już nakreślony konkretny plan i wiemy co należy poprawić. Każdy członek mojego teamu jest świadomy, że musimy pokazywać się z jak najlepszej strony i to nie podlega dyskusji.

Na razie nie możesz liczyć na zbyt wiele startów poza meczami ligowymi w Polsce. To może być dla Ciebie duże utrudnienie przy budowaniu wysokiej formy?

Czas pokaże. Prawda jest taka, że w przeszłości startowałem w Szwecji, Anglii oraz okazjonalnie w kilku innych krajach, więc teraz muszę odnaleźć się w nieco innych warunkach. Decydowałem się na te starty, ponieważ uważałem, że to było dla mnie pożyteczne i pozwalało mi utrzymać rytm startowy w ciągu tygodnia. Na pewno będę próbował czegoś szukać, o ile pojawi się taka możliwość. Najrozsądniej będzie chyba rozejrzeć się za jakimiś dodatkowymi startami w Niemczech lub w Czechach, ale nie wykluczam, że mogę obrać również kierunek na Szwecję, jeżeli tamtejsza liga niebawem wystartuje. Trzeba poczekać i zobaczyć jakie warunki zostaną zaproponowane przez kluby. Musimy być świadomi, że każdy dostał po kieszeni i każdy chce się jakoś odbudować. Na pewno wybiorę opcję, która będzie się najbardziej opłacała. Być może lepiej będzie wyjechać gdzieś bliżej granic Polski niż przemieszczać się na dwa i pół dnia do Szwecji.

Nie chciałbyś pójść w ślady Twoich kolegów z Apatora i startować w ekstralidze na zasadzie gościa?

To chyba nie do końca jest zależne ode mnie (śmiech). Ja bym oczywiście rozważył każdą ofertę, ale najpierw kluby z ekstraligi musiałyby zainteresować się moimi usługami, żeby w ogóle można było coś zdziałać w tym temacie.

Obecna sytuacja spowodowała, że między kolejnymi meczami masz znacznie więcej wolnego czasu, bo nie musisz gnać na kolejne zawody. To chyba trochę nietypowa sytuacja z Twojego punktu widzenia.

Z tym nadmiarem wolnego czasu to bym nie przesadzał (śmiech). Ja zawsze byłem zapracowanym człowiekiem i potrafiłem znaleźć sobie jakieś dodatkowe zajęcia poza sportem. Teraz jest dokładnie tak samo. Czas jest naszym sprzymierzeńcem, więc powinniśmy wypełniać go najlepiej, jak tylko się da. Mnie osobiście to bardzo pomaga. Tak jak mówiłem wcześniej, jest gospodarstwo moich rodziców, a poza tym moja narzeczona zajmuje się końmi, więc jej również staram się pomagać. Codziennie wstaję rano, potem pracuję i kładę się wieczorem spać. Na drugi dzień jadę na żużel, robię swoje na stadionie i wracam do domu. Cieszę się swoim życiem i czerpię z niego pełnymi garściami. A jak trzeba będzie wrócić do intensywniejszych startów na motocyklu, to też sobie z tym poradzę.

Twój optymizm, sposób organizacji i stosunek do życia robią wrażenie i są godne pochwały (śmiech). Skoro tak dobrze się w tym wszystkim odnajdujesz, to powiedz, jak sobie radzisz z obostrzeniami sanitarnymi, które nałożono na was w tym sezonie? Zaprzyjaźniłeś się już z obowiązkowymi maseczkami ochronnymi? Bo niektórzy zawodnicy mówili, że bywają problematyczne…

Mnie nie sprawia to żadnego problemu. Ja przepracowałem zimę tak, jak powinienem i żadna maseczka nie przeszkodzi mi w złapaniu oddechu po wyścigu, bo pewnie to miałeś na myśli.

Dokładnie tak. A jak uporać się z zakazem kąpieli po meczu? Jesteś takim zawodnikiem, który za każdym razem musi przejechać trochę kilometrów, zanim znajdzie się w domu.

Po prostu mój mechanik bierze wodę i polewa mnie po meczu. Myjemy się szybko na Rumcajsa (śmiech). Podobny sposób zaprezentował jakiś czas temu w social mediach Maciek Janowski i trochę mnie tym zainspirował. To chyba pierwszy pomysł, który przychodzi człowiekowi do głowy, kiedy z różnych względów nie może się wykąpać, a jednak czuje, że powinien to zrobić. Trzeba zlać się jakąś wodą, a następnie wytrzeć ręcznikiem i tyle.

Na liście jest jeszcze trochę innych obostrzeń sanitarnych, m.in. mierzenie temperatury, dezynfekcja czy kwestie dotyczące przebierania się przed meczem. Łatwo się w tym wszystkim połapać czy na razie jest to trochę uciążliwe.

Z mojej perspektywy to naprawdę nie jest nic uprzykrzającego życie. Nie doszukiwałbym się na siłę żadnych problemów. Musimy takie rzeczy szanować, ponieważ ktoś wymyślił to, żebyśmy w ogóle mogli uprawiać nasz sport. Mierzenie temperatury zajmuje dosłownie trzy sekundy. Nie uważam, żeby to było zadanie ponad nasze siły, podobnie jak wszystkie pozostałe.

Ciekawy przypadek z Ciebie. Nic Ci nie przeszkadza, we wszystkim się odnajdujesz. Coraz trudniej znaleźć takich ludzi (śmiech). To może chociaż pracy z jednym mechanikiem w parku maszyn sobie nie wyobrażałeś? Przecież w pierwotnym zamyśle tak właśnie miało to wyglądać, ale ostatecznie ten przepis nie wszedł w życie.

Od samego początku w ogóle się tym nie przejmowałem, ponieważ w kuluarach mówiło się, że jednak będziemy mogli korzystać z pomocy dwóch mechaników i rzeczywiście tak się stało. Przez cały czas przygotowywaliśmy się do sezonu z myślą, że będziemy na zawodach we trójkę.

Na razie stadiony żużlowe mogą zapełniać się jedynie w 25%. Czy mniejsza liczba kibiców w znaczący sposób wpływa na atmosferę i klimat widowiska?

Wiadomo, że to jest tylko namiastka tego, co spotykaliśmy wcześniej, ale musimy się dostosować. Na szczęście bardzo dobrze słychać kibiców, którzy pojawiają się na trybunach. Na pewno warto doceniać takie osoby, bo nie każdy postanowiłby przyjść teraz na stadion i ryzykować zakażenie koronawirusem. Chciałbym bardzo podziękować fanom, którzy nas wspierają. Zawsze znajdzie się grupka kibiców, którzy chcą być jak najbliżej drużyny i jestem im za to bardzo wdzięczny.

Ciekawi mnie jedna sprawa. Obostrzenia sprawiły, że w parku maszyn przed zawodami i po zawodach nie kręci się tylu ludzi, co przedtem. Macie dzięki temu trochę więcej spokoju?

Nie doszukiwałbym się żadnej wielkiej korzyści dla zawodników w tym aspekcie. Czasami rzeczywiście potrzebujemy trochę więcej czasu, żeby przebić się przez tłum ludzi, ale dla mnie to nie stanowi żadnego problemu. To jest element wpisany w ten sport, więc teraz czujemy się nawet trochę nieswojo, kiedy po meczu możemy się swobodnie przebrać i od razu lecieć do domu, nie spotykając nikogo na swojej drodze.

Lepszy taki żużel niż żaden?

To wszystko na pewno wygląda trochę dziwnie, ale cała ta otoczka została wywołana nadzwyczajną sytuacją, która zmusza do stosowania pewnych rozwiązań. Nie pozostało nam nic innego, tylko dostosować się do zastanych warunków i działać w takim stopniu, w jakim możemy. Najważniejsze, że w samym żużlu tak naprawdę niewiele się zmieniło. Nadal wykonujemy tę samą robotę i musimy starać się równie mocno. Mechanicy w dalszym ciągu pracują przy sprzęcie, a zawodnicy kręcą kółka na torze. Mecze ligowe rozgrywane są na takich samych zasadach, więc to nadal jest nasz żużel.

Jedno się jednak zmieniło. Ten sezon na pewno nie będzie dla Was tak atrakcyjny pod względem finansowym, jak mogło się wydawać jeszcze kilka miesięcy temu…

To prawda. Stawki zostały obcięte i musieliśmy się z tym pogodzić, bo w przeciwnym wypadku nie moglibyśmy jeździć. O zarobkach nie możemy rozmawiać, bo raczej ich nie będzie. Tak jak wspomniałem wcześniej, gdyby nie sponsorzy i przyjaciele, to naprawdę trudno byłoby to wszystko pospinać. Żużel w dalszym ciągu jest tak samo drogim sportem i wymaga sporych inwestycji, więc skądś trzeba brać na to wszystko pieniądze.

Renegocjacje kontraktu w Toruniu były dla Ciebie trudne? Dobrze wiemy, że zawodnicy różnie podchodzili do tych tematów…

Dla mnie finanse nigdy nie były najważniejsze. Powiem żartobliwie, że dogadaliśmy się w piętnaście i pół sekundy. Klub starał się mnie wspomagać, więc od razu bardzo dobrze poczułem się w Toruniu. Ja raczej nie miałem pretensji do świata, że ktoś zabiera mi pieniądze. Po prostu to zaakceptowałem i tyle.

W jakim stopniu pandemia wpłynęła na Twoich sponsorów?

Kilku sponsorów niestety musiało się wycofać, ale sytuacja ich do tego zmusiła, więc nie zamierzam mieć do nikogo żalu. Na szczęście posiadam też partnerów, których branża nie została tak bardzo dotknięta przez pandemię, dzięki czemu mogli działać dalej na takich samych lub bardzo podobnych zasadach.

Jak Twoim zdaniem należy traktować ten sezon, bo normalnym na pewno nie będzie można go nazwać?

To jest sezon na przejechanie. Nic więcej nie będziemy w stanie z niego wyciągnąć. W tym momencie trudno powiedzieć jak będzie wyglądała przyszłość w tym sporcie. Na pewno wiele będzie zależało od podejścia i zaangażowania włodarzy poszczególnych klubów. W tym momencie mogę jedynie powiedzieć, że moje cele sportowe nadal są takie same i zamierzam je realizować. Chciałbym w ten sposób odwdzięczyć się wszystkim ludziom, którzy tak bardzo mi pomogli w ostatnim czasie.

Masz jakąś złotą receptę na przetrwanie tego sezonu?

Chyba tylko jeździć jak najwięcej i zdobywać dużo punktów, żeby ponieść jak najmniejsze straty.

Rozmawiał: Karol Śliwiński